Się klikało

wtorek, 3 października 2017

Gdybym...

podejmowała w życiu mądrzejsze wybory to teraz prawdopodobnie byłabym panią nauczycielką mianowaną i nie musiałabym się martwić o pracę, bo bym miała ciepłą posadkę i wyrąbane na wszystko. No, ale wyszło jak wyszło i teraz błąkam się po świecie, szukajac swego miejsca.

wtorek, 19 września 2017

Chora

Zapalenie zatok - nie lubię :(. Najgorzej jest jak się schylam lub kręcę głową, boli jak 150. W pracy próbuję oszczędzać głos, ale różnie mi to wychodzi. Jutro się nie odezwę, promise!

czwartek, 14 września 2017

Zapominalski Pawełek

P: - Proszę pani, siku!
Ja: - Chodź, zaprowadzę cię.
Weszliśmy do łazienki. Młody zobaczył inne dzieci, trochę się pokręcił i sygnalizuje gotowość powrotu do klasy.
Ja: - Pawełku, a zrobiłeś siku?
P: - Zapomniałem... :D

środa, 13 września 2017

O dzieciach...

Mam w grupie dwóch 3-latków. Każdy z nich sympatyczny, w miarę kumaty i da się lubić. Przy stoliku siedzą razem w zgodzie, ale podczas zabawy tworzą mieszankę wybuchową i tłuką się ile wlezie. Skąd w dzieciach tyle zawziętości?
*
Urocza 5-latka imieniem Zosia schowała się w kąciku i przybrała pozycję jaką przyjmują muzułmanie podczas modlitwy. Podeszłam i zapytałam, co się stało. Odpowiedź była krótka i zwięzła: "Jestem zła!". Pobyła tak sobie jeszcze trochę, po czym wróciła do zabawy z właściwym sobie uśmiechem. Mistrzyni panowania nad sobą!


sobota, 9 września 2017

Dzień dobry...

Po raz pierwszy od baaardzoooo dawna doświadczyłam w miejscu pracy totalnego, hmm, lekceważenia. A było to tak...przyszła do nas pewna osoba, aby przekazać info od szefostwa. I o ile z moją koleżanką się przywitała, o tyle do mnie zwróciła się totalnie bezosobowo, co brzmiało mniej więcej tak: (ani cześć, ani pocałuj w mnie w nos) O 11:00 trzeba pójść do sali nr 16.
Gdyby nie fakt, że ta istota stała blisko mnie, to w życiu bym się nie domyśliała, że to ja mam pójść do wspomnianej sali. Może jakaś dziwna jestem, ale przyzwyczaiłam się, że ludzie, mówiąc do mnie, zaczynają wypowiedź od form typu: "Dzień dobry" lub "cześć", po czym kontynuują przekaz. I ja też tak czynię, zwracając się do innych, a często nawet się przy tym uśmiecham! A gdy czekam gdzieś w kolejce i wchodzi ktoś, kto mówi "dzień dobry", zawsze odpowiadam, żeby tej osobie było miło. Zdarza się, że robię to jako jedyna. Mało tego, często mówię też "dzień dobry", gdy wsiadam do windy. Nie wiem jakie są zasady "bon-ton" odnośnie podróżowania tym pionowym środkiem lokomocji, ale kiedyś ktoś wsiadł pozdrawiając mnie i to mi się szalenie spodobało. Ale spokojnie, nie jestem taka doskonała (he, he)... Jest jeden człowiek, który nigdy nie usłyszy ode mnie "dzień dobry" ani nie uświadczy mego grzecznościowego ukłonu. I to jedyny przypadek, gdzie szczytem moich uprzejmości jest przejście bez słowa, jeśli spotkam tego ktosia na ulicy. Dla jasności, nie życzę źle temu człowiekowi (nikomu nie życzę źle!), ale nie mam zamiaru silić się na udawaną grzeczność. No, chyba, że stykamy się w sytuacjach oficjalnych, wówczas przydaje się mój talent aktorski i niechęć chowam pod maską wystudiowanej uprzejmości.
Reasumując, odrobina kultury jeszcze nikogo nie zabiła. :)



czwartek, 7 września 2017

System motywacyjny

"Jak nie przestaniesz płakać to oddam cię do domu dziecku!" i chwilę potem "Przestań beczeć, bo zadzwonię na policję!" - tak oto rodzic uciszał płaczącego potomka...

wtorek, 5 września 2017

O nowej pracy

Wdrażam się w nowe obowiązki, przyglądam się małym ludziom, którymi się opiekuję i próbuję jakoś się odnaleźć w nowej sytuacji. Ale jestem szczęśliwa, bo atmosfera jest dobra i nie muszę znosić humorków i fochów szefostwa. Staram się jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki i nikt się mnie nie czepia. Doświadczam dużo wyrozumiałości i wsparcia, a to dodaje skrzydeł. Trochę ciężko mi przychodzi wczesne wstawanie, ale się przyzwyczaję.


sobota, 2 września 2017

O fb

Jestem zmęczona facebookiem.  Konta, póki co, nie usunę, bo jednak ułatwia mi kontakt ze światem, ale mam potrzebę zrewidowania i ograniczenia mojej obecności tam. Fb to straszny czaso-pożeracz, który w dodatku mnie ogłupia, bo coraz więcej tam idiotyzmów i bezwartościowych treści. Nie mówiąc już o wszechobecnym chamstwie, na które nie ma lekarstwa. Cieszę się bardzo, że większość moich znajomych trzyma fason i sensownie prowadzi swoje profile, ale jak widzę kogoś, kto okrasza swoje fote profilowe psim pyskiem i uszami to mi się nóż w kieszeni otwiera. Ludzie, szanujmy się!




czwartek, 17 sierpnia 2017

"Jeden z dziesięciu" wersja NFZ

Pan Zet ma złamaną nogę. Wybraliśmy się do poradni ortopedycznej, ale odpadliśmy w eliminacjach. W poradni tej obowiązuje limit jeśli chodzi o skierowania z SOR lub z napisem "Pilne" -  tylko 10 osób na dzień z takim papierkiem załapie się na wizytę. Stałam w kolejce do rejestracji ok. 50 minut i byłam chyba 5, gdy nagle z okienka rozległ się komunikat, że już zarejestrowano 10 pacjentów i koniec zapisów na dziś. Kocham NFZ... Dzięki niemu musiałam bardzo wcześnie wstać, zapakować "połamańca" do auta, przejechać na drugi kraniec miasta i dupa. Daremne żale, próżny trud...
Alternatywy to wizyta prywatna u jakiegoś lekarza lub oczekiwanie kilkumiesięczne na wizytę w innej przychodni. Spoko, jesteśmy młodzi i mobilni więc nie ma wielkiej tragedii, że się nie zarejestrowaliśmy. Ale co mają powiedzieć osoby starsze, samotne lub mieszkające poza miastem , w ktorym jest ta nieszczęsna przychodnia? To jest straszne!
Limity dotyczą też innych badań. Na badanie eeg czekaliśmy miesiąc, chociaż za każdym razem, gdy tam przychodziliśmy, w poczekalni nie było żywego ducha. Za to na drzwiach wielki napis informujący, że mają limit pacjentów narzucony przez NFZ. Tomografia w trybie pilnym? Mieliśmy czekać trzy miesiące... Wydzwoniłam taką pracownię na moim terenie i dało się załatwić badanie po kilku dniach. Gdybyśmy się zdecydowali na wycieczkę do Lublina, to badanie byłoby za dwa dni. Przy czym do Lublina mamy jakieś 360 km...
Szanuję pracę pielęgniarek, ale mogłyby być mniej opryskliwe, bo nie daj Boże o coś je zapytać... My zapytaliśmy o to jak trafić do poradni ortopedycznej, a ta oburzona, że nie wiemy łaskawie nam udzieliła informacji, ale takim tonem jakbyśmy mieli po 7 lat i robili sobie z niej jaja.
Za to z miłym i życzliwym podejściem spotkaliśmy się w innej przychodni. Lekarz specjalista przyjmował na piętrze, wiodły tam strome schody po których mój "połamaniec" nie był w stanie wejść. Zapytatałam kogoś z personelu o windę. Brak takiej w budynku. Zonk. Ale miła pani załatwiła sprawę z paniami w rejestracji, kazano nam czekać i gdy nasza lekarka się zjawiła, przyjęła nas w jednym z gabinetów na parterze. To było fajne, tym bardziej, że nie musieliśmy czekać w kolejce tylko poszliśmy na "pierwszy ogień".
W ostatnim czasie mam sporo kontaktu ze służbą zdrowia i widzę, że trzeba mieć mocne nerwy, aby to przetrwać. Ktoś zapyta, gdzie ja się chowałam, że tego nie wiedziałam... No to odpowiem - na prowincji, gdzie był jeden ośrodek zdrowia, a w nim jeden lekarz i do niego jedna kolejka. Doktor znał pacjentów, oni znali jego i mu ufali (serio!). Gdy konieczny był pobyt w szpitalu, trafiało się do pobliskieg szpitala powiatwego. Specjaliści przyjmowali w miejscowej przychodni i było ok. Z dojazdem nie było problemu, bo był autobus. Ale wszystko się zmieniło! "Nasz" lekarz poszedł na emeryturę, nastał drugi, który obsługuje trzy ośrodki. Szpital powiatowy zlikwidowany. Do najbliższego mamy ok. 60 km. Nie daj Boże sytuacji, w której potrzebna karetka, bo będą jechać z sąsiedniego województwa (serio!). W mojej rodzinnej wiosce nie ma już nawet autobusu!
Pani Boże, proszę Cię o zdrowie...





 

środa, 9 sierpnia 2017

Mama - bohaterka codzienności

Przygotowuje sie na przyjęcie utrudzonych "pielgrzymowiczek". Sprzątanie ogarnięte (no, prawie), dziś zamierzam coś ugotować i może upiec, co by mieć czym gości nakarmić. W powietrzu czuć już jesień i w końcu pogoda sprzyja mojemu dobremu samopoczuciu, jest ciepło, ale nie upalnie i to mi się podoba. Powoli myślę też o pakowaniu i powrocie do domu. O pracy jeszcze nie myślę, ale chyba powinnam. Znów trzeba będzie rano wstawać, poznawać zasady panujące w firmie, "wyczuć" ludzi i ogarnąć się na tyle, by wejść w nowe obowiązki. Największa trudność to to, że zacznę przygodę z branżą zupełnie nową i z moim zdaniem nikt się nie będzie liczył, bom totalnie w temacie "zielona". Plusy są takie, że będę miała wolne weekendy i nie będzie nadgodzin. No i będę mieszkać w domu rodzinnym, a że mam starszych rodziców to im popomagam w czym będzie trzeba, choć przyznaję, że radzą sobie świetnie. Zawsze mnie wzrusza postawa mojej mamy, która patrzyła jak jej potomstwo opuszcza gniazdo i powtarzała, że dzieci nie wychowuje się dla siebie... Tak, moja mama jest hardkorem. Kocham ją strasznie! A najbardziej za to, że jest :). Moja mama nie rozczulała się nad nami jakoś specjalnie, nie panikowała jak ktoś sobie np. skręcił nogę czy zachorował, nie rozpaczała, ale ZAWSZE podejmowała konkretne kroki, żeby pomóc jak tylko mogła. I czyniła to skutecznie :). Podziwiam moją mamę, bo życie jej nie rozpieszczało, a ona zawsze trzymała się Pana Boga i dawała sobie radę. Jest tak do tej pory. Lubię patrzeć jak mama codziennie wieczorem odmawia różaniec albo jak zatrzymuje się przy przydrożnym krzyżu, by "porozmawiać" z Panem Bogiem o tym, co jej na sercu leży. Mama nie jest dewotką ani nie nawraca nikogo na siłę, często się czymś martwi (przy tak licznej rodzinie jak nasza to normalne), ale nigdy nie narzeka. Podziwiam moją mamę i za to, że zawsze ładnie wygląda (Boże, chciałabym mieć jej sylwetkę) i dba o siebie. Jest też piękna wewnętrznie, a zmarszczki tylko dodają jej uroku. Często się z mamą nie zgadzam (mam charakterek tatusia), potrafię ją nieźle wkurzyć (nigdy celowo), ale mama jest jedyną osobą na świecie, która potrafi postawić mnie (i moich braci i siostrę też)  do pionu. Taka jest :). To nie jakaś zacofana babuleńka z zabitej dechami dziury, ale kobieta, która bierze życie jakie jest i kocha swoje dzieci, wnuki i prawnuki takimi, jakie są. Dobrze, że mój tata wpadł na pomysł, aby się z nią ożenić :). 
Kocham moją Irenkę bardzo! Moja mama, moja bohaterka!

sobota, 5 sierpnia 2017

ślubnie

Córka sąsiadów wyszła dziś za mąż. Nie znam jej, ale nie przeszkadzało mi to tkwić pod drzwiami i przez wizjer obserwować sytuację na klatce schodowej. W sumie...standard. Rodzina się kręciła w tę i we w tę, facet z akordeon "cisnął" okolicznościowe kawałki, matka panna młodej biegała i wszystkimi dyrygowała... I dotarło do mnie, że mój stan stac cywilny też ulegnie zmianie na wiosnę. Jeszcze tego nie czuję. Póki co, czekam na wizytę u lekarza i rozstrzygnięcie... (Spokojnie, ze mną wszystko ok, chodzi o najbliższą mi osobę).  Najtrudniejsze jest czekanie na wynik i towarzysząca temu niepewność. Wiele osób prosiłam o modlitwę w tej intencji i czuję, że to właśnie modlitwa mnie/nas podtrzymuje. Jestem za nią bardzo wdzięczna, jak również za wszystkie słowa otuchy i wsparcia. Nie powiedziałam jednak o problemie mojej przyjaciółce... bo się wstydziłam przyznać, że znowu mam problemy i ciągle pod górkę. Nie umiałam jej napisać dlaczego nie ustaliliśmy jeszcze ostatecznej daty ślubu... Kiepsko się z tym czuję, ale jak już wszystko się wyjaśni to na pewno jej powiem...

środa, 26 lipca 2017

Awaria, której nie było

Żaden samochód nie był mi straszny... do dzisiaj! Wybraliśmy się do pewnej instytucji, by załawić to i owo. Nie było gdzie zaparkować więc ustawiłam auto wzdłuż samochodów na parkingu z nastawieniem, że jak trzeba będzie kogoś wypuścić to odjadę i już. Narzeczony poszedł, ja sobie czekałam. Widzę, że ktoś będzie odjeżdżać więc przekręcam kluczyk w stacyjce i...NIC! Kontrolki się świecą, silnik ani drgnie. Szybka ocena sytuacji i zwalniam ręczny, żeby zjechać trochę (parking spadzisty). Udało się. Raz, drugi taka akcja, przeplatana usilnymi probami uruchomienia silnika, i klęska. Auto padło. Próbowałam je nawet sama pchać (ku uciesze pana z budki, wpuszczającego na teren posesji pojazdy uprzywilejowane), ale nic to nie dało. W końcu mój samochód zablokował drogę dojazdową do jednego z sąsiednich budynków. "Nosz, ku*wa jasna" - myślę sobie brzydko, coraz bardziej zestresowana. Nagle z tej drogi wyjeżdża auto. Podchodzę do kierowcy i zrozpaczona oznajmiam, że przepraszam, ale nie jestem w stanie uruchomić samochodu. Kierowca wychodzi, za nim jego żona. Pchamy wspólnie mój wehikuł. Sukces, droga przejezdna. Dziekuję i przepraszam, małżeństwo odjeżdża. Piszę rozpaczliwe smsy do narzeczonego, który w końcu wyłania się z gąszcza budynków i budyneczków. Moje wiadomości podsumowuje krótko: "Fujara", po czym siada za kierownicę i odpala...jak gdyby nigdy nic. "Nosz, ku*wa jasna, jak to?" - to jedyne pytanie, które udaje mi się wyartykułować. Odpowiedź banalna, że przecież w tym konkretnym aucie, po dłuższym postoju, trzeba najpierw pilotem zamknąć i otworzyć drzwi, a potem wcisnąć sprzęgło i uruchomić silnik. Super, szkoda tylko, że NIKT MI TEGO NIE POWIEDZIAŁ!!! 
Emocje opadły, teraz ta sytuacja mnie śmieszy, choć poczucie bezradności na parkingu było straszne.
No, ale przynajmniej  mam o czym pisać :)...

Nauki przedślubne

Nauki przedmałżeńskie w toku. Pierwsze zaskoczenie - odpłatność. Dowiedziałam się o tym dopiero na pierwszym spotkaniu. Na stronie internetowej nie było żadnej wzmianki o kosztach. Nie miałam też znajomych, którzy chodzili na spotkania tam, gdzie my więc i spytać nie było kogo. Zapłaciliśmy, oczywiście. Po jakimś czasie na stronie napisali, że od sierpnia opłata wynosi 180 zł. I to tyle jeśli mowa o pieniądzach.
Ilość uczestników - duża. Kilkadziesiąt osób. Wydawało mi się, że jesteśmy najstarsi, ale jednak nie.
Organizacja - trzy spotkania (grupowe) po trzy godziny (w praktyce krócej), potem trzy spotkania (indywidualne) w poradni życia rodzinnego. Ciężko wysiedzieć, bo krzesła niewygodne. Staram się skupiać i słuchać, ale różnie bywa, zwłaszcza gdy mowa o rzeczach dla mnie oczywistych. Mam tu szczególnie na myśli konferencje księdza, od których zaczynają się spotkania (potem przemawiają świeccy wykładowcy). Ostatnio jednak z ust ksiądza padło zdanie, które poruszyło mnie do żywego. Zapisałam je sobie nawet, bo wzbudziło mój całkowity wewnętrzny sprzeciw i podcięło skrzydła. Cóż, bywa.
Muszę nas zapisać na wizytę w poradni. Ciekawe, co tam się będzie działo...bo do tej pory nic mnie "nie porwało". Zaczynałam nauki z entuzjazmem, teraz to już dla mnie tylko obowiązek. Choć dziś przyszło mi na myśl, że może jednak powinnam się "ogarnąć" i spróbować wycisnąć z tych nauk jak najwięcej, wszak to coś, co już się więcej nie powtórzy...






czwartek, 6 lipca 2017

To i owo

Nie wiem czy ktoś tu jeszcze zagląda. Jeśli zagląda to niech da znak życia i niech się czuje pozdrowiony! :)
Dziś nasza (moja i narzeczonego) trzecia rocznica. Dostałam kwiaty, trzy cudne mieczyki przepasane czerwoną wstążeczkę. Miło! Byłam przekonana, że pan Zet zapomniał o tej dacie :). Zastanawiam się czy w ramach świętowanie nie zrobić pizzy...
I z radości...to tyle. Daty ślubu jeszcze nie ustaliliśmy. Już od kilku tygodni wybieramy się do księdza i nie możemy tam dojechać, bo zawsze coś te plany pokrzyżuje! A to praca (pan Zet o tym, że pracuje w dany weekend, dowiaduje się zazwyczaj w piątek...), a to zdrowie i tak na okrągło. Deprymuje mnie to, bo bez ustalonej daty nie możemy niczego innego ogarniać, w sensie sali, kucharki itp. Moja siostra mówi, że mam się nie przejmować, bo co się odwlecze to nie uciecze...niby racja, ale mało mnie to przekonuje. Wszak chodzi o termin ślubu! W przyszłym tygodniu zaczynamy nauki przedmałżeńskie. Jak mus to mus.
W mojej sytuacji zawodowej nic się nie zmieniło. Frustruje mnie to, a z drugiej strony wiem, że chciałabym robić to, czym zajmowałam się przez długie lata w pracy, z której odeszłam. Co prawda, to taka branża, że dalej się tym param (społecznie), a nawet wkroczyłam na ścieżkę orgnizacji pozarządowych, ale czuję niedosyt.
Pan Zet miał urodziny. Fundusze mamy niewielkie, ale bardzo chciałam uczcić ten dzień. Zaprosiłam go więc na pizzę do naszej ulubionej pizzeri, a na wieczór zaprosiłam "po tajniacku" jego przyjaciela z dziewczyną. I niespodzianka by się z pewnością udała, gdyby nie fakt, że zgubili się na naszym osiedlu. :) Musieliśmy po nich wyjść, nie było więc radosnego "100 lat" przez domofon, ale i tak było sympatycznie.
Jakiś czas temu zgłosiłam swoje teksty do pewnego konkursu. Już prawie dwa miesiacy minęły i nie ma żadnych wieści! Sprawdzam codziennie stronę organizatora, jego profil na fb, nawet skrzynkę pocztową własną i nic. Zero informacji o wynikach. Nie spodziewam się, że wejdę do finału, ale chciałabym już poznać werdykt jury. Smutne to i irytujące!
Odświeżyłam kontakt z dobrym znajomym. Ciesze się, że wierzyłam w niego nawet wtedy, gdy wszyscy inni się na niego wypięli. Niech mu się wiedzie jak najlepiej!
Byłam na "okrągłych" urodzinach przyjaciółki. Bawiłam się bardzo dobrze, chociaż byłam trzeźwa, a towarzystwo z minuty na minutę, coraz bardziej "sponiewierane". Żałuję, że musiałam wyjść wcześnie, ale wrażenia całkiem ok.
Byłam na 18. urodzinach chrześniaka. Nie wykazałam się kreatywnością jeśli chodzi o prezent, choć początkowo miałam taki zamiar. Sama nie wiem dlaczego się rozmyśliłam :).
Wyrobiłam książeczkę sanepidowską. Każdy, kto ją ma, wie jak to się odbywa. Nie podobało mi się! Dobrze, że coś takiego ogarnia się raz w życiu... To nie na moje nerwy! Musiałam też zrobić badanie krwi. Nienawidzę tego szczerze! Ani razu nie spojrzałam na igłę, ani na pielęgniarkę, która wkłuwała mi się w żyłę. Siedziałam z głową obróconą w prawo i mocno zamkniętymi oczami. Gadałam jakieś straszne głupoty, żeby tylko nie skupiać się na badaniu. Przetrwałam!









niedziela, 4 czerwca 2017

Być :)!

Dużo się dzieje, próbuję się odnaleźć w gąszczu wydarzeń i emocji... Poznałam kilka osób (znajomi narzeczonego więc trema mega) i jest fajnie. Dostałam propozycję pracy, oznacza to, że znowu będę się musiała przeprowadzić. Decyzja o przyjęciu oferty nie była łatwa, zastanawiałam się ponad tydzień (męczarnia!), ale teraz myślę, że to chyba odpowiedź na moje modlitwy więc DZIĘKUJĘ.
Niebawem zaczynamy nauki przedślubne. To dla mnie totalna nowość i coś, co znam jedynie z opowieści znajomych. Data ślubu już się prawie wyklarowała, czuję stres. Miałam możliwość wyjazdu na Lednicę, nie skorzystałam. Zaczęłam żałować, gdy tylko otrzymałam wiadomość na fb od osoby, która bardzo lubię, a która, jak się okazało, dziwnym zbiegiem okoliczności, jechałam autobusem, którym i ja bym podróżowała. A "czarę goryczy" przelał sms od innej osoby, która pisała, że odnalazła tam na nowo Boga. Ale ciesze się radością tej osoby!
Niebawem dojdzie do pierwszego spotkania rodziców - moich i narzeczonego. Stresss! Postanowiliśmy monitorować spotkanie i nie opuszczać ich na krok :D!
Przez jakiś czas zastanawiałam się nad księdzem, który by odprawił naszą ślubną mszę. Wydawało mi się oczywiste, że powinnien to być mój przyjeciel X., ale teraz widzę - czuję, że będzie to inny kapłan... Rozmawiałam z nim o nurtujących mnie kwestiach i wróciłam do domu uspokojona, bo zapewnił, że wszystko ogarniemy... Dobrze jest mieć dobre kontakty choć z jednym kapłanem - to pomaga w różnych życiowych sytuacjach. :)
Oj, czas mi się kończy, mam dziś intensywny dzień! Ciąg dalszy wpisu po południu :)!

wtorek, 9 maja 2017

piątek, 31 marca 2017

O codzienności i Kelly Family

Czas spędzam ostatnio głównie w kuchni, próbuję coś kminić, ale idzie mi to opornie. Wczoraj np. stworzyłam ciasto katastrofę - miał być "Shrek", wyszła tragedia. Biszkopt opadł, śmietana się zważyła, na talarzu spoczęła kupka nieszczęścia. Przyrządzanie posiłków wychodzi mi lepiej, co mnie nieco podbudowuje, ale i tak mam spory kompleks kulinarny.
Poza gotowaniem, sprzątam, piorę, chodzę po zakupy - takie tam życie "ukryte". Nie mam pracy i pewnie szybko to się nie zmieni. Telefon milczy, nikt mnie nie zaprasza na rozmowy i jeśli nie stanie się cud to już sama nie wiem, co zrobię. Na punkcie braku kasy też mam wielki kompleks, tym bardziej, że mój pierwszy zasiłek wyniósł niecałe 27 zł (nie pytajcie :/).
Mieszkanie w wielkim mieście niespecjalnie mi odpowiada, nie umiem się tu odnaleźć. Właściwie to jedynym plusem jest to, że jestem tu z narzeczonym i mam go na codzień, a nie dwa razy w miesiacu. Inna sprawa, że nie odpowiadała mi opcja mieszkania razem przed ślubem, ale nie miałam innego wyjścia więc chwilowo musiałam na to przystać.
Co jeszcze? Spore zaskoczenie i radość - mój ulubiony zespół z czasów dzieciństwa wraca do gry. Kelly Family wydali nową płytę, a w przyszłym roku wystąpią w Polsce. To może zabawne, ale ich muzyka mnie uspokaja i daje radość, a więc słucham i dni są lepsze. Miłe zaskoczenie przeżyłam, gdy po raz pierwszy odwiedziłam fanpage grupy (prowadzony w j. niemieckim i angielskim) i okazało się, że nie mam problemów ze zrozumieniem postów, choć ostatni kontakt z niemieckim miałam dawno temu :).



sobota, 18 marca 2017

Niedzielny poranek

W końcu weekend, który spędzam w domowym zaciszu. Wczoraj smażyłam naleśniki i upiekłam "murzynka", ale nie jestem zadowolona z efektu, bo wlało mi się za dużo oleju i wyszedł "murzyn". Miniony tydzień minął spokojnie. Potrzebowałam wytchnienia po wyczerpujących emocjonalnie wydarzeniach, w których uczestniczyłam tydzień temu. W poniedziałek ledwo się trzymałam na nogach, nie miałam nawet siły gadać. Poszłam do sklepu i o mało się nie rozpłakałam, bo chciałam kupić zwykłą maślankę, a na półkach były tylko owocowe. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, ale wypicie dwóch piw pomogło mi się wyluzować. We wtorek zajęłam się sprzątaniem (prace domowe to świetne anitodum na psychiczne zmęczenie), a w środę byłam już w stanie podjąć wysiłek intelektualny i próbowałam napisać jakiś tekst na lokalną stronę www, na którą czasem wysyłam teksty. Przeglądam też swoje teksty satyryczne, które się poniewierają na moim laptopie, bo chciałabym wziąć udział w pewnym konkursie. Zgłoszenia można wysyłać do końca kwietnia. Mam więc jeszcze trochę czasu, by próbować napisać coś nowego, ale z doświadczenia wiem, że ciężko mi pisać pod presją "MUSZĘ". Jak nie stworzę czegoś, co mi się spodoba to wyślę stare "kawałki".
Zbliża się ósma. Pora coś zjeść...

wtorek, 7 marca 2017

WTF?

Co się dzieje z tym światem? Co się dzieje z kościołem? Kilka dni temu obejrzałam na yt film, w którym jeden z księży archidiecezji wrocławskiej opowiadał o tym, że jako kleryk był molestowany przez innego księdza. Dziś obejrzałam kolejne nagranie, z którego dowiedziałam się, że ksiądz - ofiara sam wymieniał z młodym chłopakiem wiadomości o treściach mocno erotycznych. Zgłupiałam! Szczęka mi opadła prawie do podłogi i tak siedzę z rozdziawioną gębą, i totalnie nie wiem, co o tym myśleć.
Kapłani, co jest z Wami nie tak???

środa, 1 marca 2017

Nowenna i narzekanie

Nowenna Pompejańska za mną. Zakończyłam ją 24 lutego. Cieszę się, że dałam radę, choć lekko nie było. Trzy części różańca codziennie przez 54 dni to prawdziwy hardcor, ale da się przeżyć. Nowennę polecam, ale chcę "przestrzec" przed skutkami ubocznymi - w sercu rodzi się tęsknota za Bogiem i miłośc do Niego oraz Jego Matki. W niektórych przypadkach może się też pojawić uzależnienie od odmawiania różańca, a dni bez choćby "dziesiątki" okazują się szare i smutne. Najtrudniejsze wydaje mi się... dawanie świadectwa, w myśl modlitwy w części dziękczynnej:

"Cóż Ci dać mogę, o Królowo pełna miłości? Moje całe życie poświęcam Tobie. Ile mi sił starczy, będę rozszerzać cześć Twoją, o Dziewico Różańca Świętego z Pompejów, bo gdy Twojej pomocy wezwałem, nawiedziła mnie łaska Boża. Wszędzie będę opowiadać o miłosierdziu, które mi wyświadczyłaś. O ile zdołam będę rozszerzać nabożeństwo do Różańca Świętego, wszystkim głosić będę, jak dobrotliwie obeszłaś się ze mną, aby i niegodni, tak jak i ja, grzesznicy, z zaufaniem do Ciebie się udawali. O, gdyby cały świat wiedział jak jesteś dobra, jaką masz litość nad cierpiącymi, wszystkie stworzenia uciekałyby się do Ciebie. Amen.

Co się zmieniło po tym jak odmówiłam "Pompejankę"? Nabrałam dystansu do osób, które polecałam w nowennie i choć może nie zapałałam do nich jakąś szczególną miłością to jednak myśl o nich już mi nie spędza snu z powiek. To takie rzeczy, które zauważyłam jeszcze podczas odmawiania. Co jeszcze się wydarzy w tym temacie to już tylko Pan Bóg wie. Chcę ufać, że będzie dobrze. Nasz Bóg jest Bogiem rzeczy niemożliwych!
***
A dziś zaczynamy Wielki Post. Od słodyczy powstrzymywać sie nie będę, ale spróbuję częściej się do ludzi uśmiechać i ograniczyć narzekanie. Zamiast narzekać, spróbuję budzić w sobie wdzięczność. Zobaczymy, co z tego wyniknie :).

niedziela, 19 lutego 2017

Nowenna Pompejańska

Do końca "pompejanki" już tylko 6 dni. Cieszę się, ale nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek podejmę się jej odmawiania, bo to trudne jest i wymaga samozaparcia. Sprawa, którą polecam, przyjmuje zaskakujący obrót i śmiem nawet stwierdzić, że sytuacja się pogarsza. Plusem jest to, że zmienił się mój stosunek do tego wszystkiego, nie wiem jak to określić, ale zaczynam nabierać dystansu...
Drugi plus - coś czuję, że częściej będę się modlić różańcem, bo po tylu dniach codziennego odmawiania trzech części, odmówienie jednej wydaje mi się "kaszką z mleczkiem". Kiedyś różaniec wydawał mi się nudny, monotonny i długi, ale dużo dla mnie znaczył. Dziś postrzegam go inaczej - jest piękną modlitwą i wcale nie jest zarezerwowany tylko dla babć :). No i można go wszędzie odmawiać - na spacerze, w kościele, w tramwaju, podczas jazdy samochodem itd. Raz nawet pozwoliłam sobie na mały eksperyment - szłam sobie ulicami pewnego miasta i odmawiając różaniec trzymałam koronkę nie w kieszeni, ale tak po prostu w wyciągniętej dłoni. Nie wiem czy przechodnie to zauważali, ale chciałam pokazać, że młoda (no, tak się jeszcze postrzegam), świecka osoba płci żeńskiej, w glanach i z czerwonymi paznokciami, poleca się Matce Bożej i się tego nie wstydzi. Taka tam sytacja mini-mini ewangelizacyjna :).
***
W moim życiu szykują się zmiany, wtorek ma być dniem "0". Czy wypali? Nie wiem, mam nadzieję, że tak, ale jest to dla mnie trudne i tak jakoś się złożyło, że kilka ostatnich wieczorów przepłakałam. Nie lubię zmian, ale czasem są potrzebne. Trzymajcie kciuki...




wtorek, 7 lutego 2017

Wtorek

Zmęczył mnie psychicznie dzisiejszy dzień. Byłam w Urzędzie Pracy i dostałam tam takiego "kopa", że hej. Ale nie chcę pisać o szczegółach, wystarczy, że się wściekłam. Po powrocie do domu położyłam się i zasnęłam od razu. Pomogło. Poczułam się lepiej.
Nadal odmawiam "Pompejankę". Do końca jeszcze 17 dni. W jakiś sposób ta nowenna nadaje rytm moim dniom i sprawia, że mają sens.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Chlebek i inne radości

Styczeń wlókł się niemiłosiernie, a luty zrobił miłą niespodziankę i leci szybko - taka tam moja refleksja o zimowych miesiącach i upływie czasu.
Byłam wczoraj w kościele i proboszcz mega pozytywnie mnie zaskoczył tym, że po Mszy św. święcił chleb i wodę św. Agaty! Coś takiego w mojej parafii miało miejsce po razy pierwszy i jestem bardzo szczęśliwa! Naprawdę, wyboraźcie sobie, że nawet moja mama, która ma duuuużo lat i od wieeeeelu lat chodzi do naszego kościoła, po raz pierwszy była świadkiem takiego obrzędu. I fajnie, że ja byłam na porannej Eucharystii, a rodzice na sumie, bo przynajmniej mogłam ich uprzedzić, żeby wzięli ze sobą chlebek do poświęcenia. Cieszyłam się także dlatego, że dzięki mojej lubelskiej przyjaciółce Pani Ag, wiedziałam o co chodzi z tym całym święceniem pieczywka i że mogłam w końcu zobaczyć to, o czym wcześniej tylko słyszałam.
Druga radość - wizyta u psychologa. Ale mnie dzisiaj przeczołgała babeczka! O, zgrozo! No, ale poszłam tam po to, by coś ze mną zrobiła więc się cieszę. Wracałam do domu z takim uczuciem jakie rodzi się w człowieku po dobrze spełnionym obowiązku. Kolejna wizyta za tydzień. Trzymajcie kciuki, bo mam zadanie do wykonania!
Trzecia radość - kupiłam czarne naboje do pióra, moja radość sięga zenitu!
Czwarta radość - się zmobilizowałam i wreszcie zrobiłam porządek w swoim telefonie. Wywaliłam blisko 400 zdjęć, usunęłam większość piosenek, pokasowałam smsy i jest pięknie.
Piąta radość - czytam! Tak, wiem - powtarzam do znudzenia, ale to naprawdę wielka radość dla mnie jest więc będę o tym ciągle nawijać, a co :D! Czytam teraz na przemian trzy książki - Jonasza Koftę, ks. Kaczkowskiego i coś na kształt podręcznika dla narzeczonych pod tytułem "Miłość. Małżeństwo. Rodzina". Wspomagająco sięgam po "Słownik wyrazów obcych" Kopalińskiego i chyba wreszcie go doceniam :)! Wolę sprawdzać znaczenia różnych słow wertując pożółkłe i pachnące starością kartki książki niż zaglądać do "guglarki" - czy coś jest ze mną nie tak :D?



piątek, 3 lutego 2017

Podsumowanie tygodnia

Już mi się nie chce odmawiać tej nowenny, a tu jeszcze tyle dni przede mną... Została mi na dzisiaj już tylko część chwalebna różańca - moja ulubiona. Ciężko jest, bo jakoś nie widzę efektów tej mojej modlitwy. Ech, małej wiary...
------
W ciągu ostatniego tygodnia dwa - trzy telefony w sprawach "eks-służbowych". Zdziwiona jestem, że osoby, które telefonowały nie wiedziały, że odeszłam, choć obracają się w kręgach, w których wiadomość o moim wypowiedzeniu rozeszła się lotem błyskawicy. Jedną z tych osób zbyłam szybko, a z drugą trochę niezręcznie mi się rozmawiało. Poprosiła jednak o pomoc, a ja postanowiłam ją wesprzeć, tak trochę z miłości do tego, co robiłam i dla własnej przyjemności.
------
Poprosiłam kogoś o pomoc w ważnej i pilnej sprawie. Pomimo obietnic, pomocy się nie doczekałam. Początkowo nie byłam upierdliwa, uspokajały mnie zapewniania, że będzie dobrze więc czekałam. Czas mija a tu dalej nic. Jak widać, sprawdza się powiedzenia Obiecał pan kożuch, ciepłe jego słowo.
------
Czy już wspominałam o tym jak bardzo jestem zadowolona z okularów? Dzięki nim odzyskałam radość z czytania! To naprawdę niesamowite, bo książki były kiedyś całym moim światem. Teraz to wraca, choć czasem mam wielki dylemat, co wybrać - lekturę czy grę komputerową.