O życie szare i monotonne...
...ile w tobie skarbów.
sobota, 4 stycznia 2025
2025
poniedziałek, 4 grudnia 2023
Książki o byłych siostrach zakonnych cz.3
Jak człowiek zacznie zgłębiać temat, to odkrywa, że opowieści o zakonach z perspektywy osób, które je opuściły, trochę jest. Moje ostatnie okrycia to:
- Przeskoczyłam mur - Monica Baldwin
- Siostry. O nadużyciach w żeńskich klasztorach - Monika Białkowska.
niedziela, 22 października 2023
O życiu zakonnic dzisiaj...
Jak wiecie (o ile ktoś tu jeszcze zagląda), temat życia zakonnego jest mi szczególnie bliski. Jeszcze ważniejsze są dla mnie losy osób, które opuściły szeregi zakonne. Chcąc zgłębić temat, sięgam zarówno po książki typu "Zakonnice odchodzą po cichu" jak i inne, w których kobiet konsekrowane opowiadają o sobie i szczęściu, które daje im wybrana droga. Chętnie czytam również dziennik sióstr, które KK ogłosił świętymi (ostatnio po raz któryś skończyłam "Dzieje Duszy") i jak tak to wszystko analizuję to nasuwa mi się wiele myśli, ale dwie są chyba najważniejsze:
1) opuszczenie zakonu to nie jest ani grzech, ani koniec świata.
Dla przykładu - Św. Matka Teresa z Kalkuty opuściła zakon, aby wyjść na ulice Kalkuty i tam pełnić posługę wśród najuboższych, do której czuła się wezwana. Św. Faustyna Kowalska rozważała wystąpienie ze swojego Zgromadzenia, bo Pan Jezus mówił jej o nowej wspólnocie, którą ma założyć. Ostatecznie nie wystąpiła, ale wspólnota powstała. Dalej, Leonia Martin, rodzona siostra św. Teresy od Dzieciątka Jezus, dwa lub trzy razy wstępowała do zakonu, a potem występowała, aż w końcu znalazła klasztor, w którym żyła do śmierci. Co ciekawe, Leonię jej własna rodzina nazywała tą biedną Leonią, a jej cztery siostry były karmelitankami - Teresa, Paulina, Maria i Celina. Na chwilę obecną rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny, a rodzice sióstr Martin - Zelia i Ludwik zostali ogłoszeni świętymi. Z przykładów bardziej współczesnych - w Żarkach Letnisko, koło Częstochowy, istnieje Wspólnota Sióstr Karmel Ducha Świętego. Tworzą ją siostry, które wcześniej żyły w Zgromadzeniu Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus, ale rozeznały, że Pan je wzywa do czegoś nowego. Na chwilę obecną mają kilka nowych powołań i podlegają miejscowemu biskupowi. Można odwiedzić ich stronę oraz profil na facebooku. Jest wiele dziewcząt i kobiet, które opuszczają zgromadzenia zakonne na różnych etapach. I to naprawdę nie jest nic złego ani dziwnego. Jesteśmy ludźmi w drodze, każdy etap życia czemuś służy i na każdym możemy chwalić Boga albo rozeznać, że wcale nie chcemy Go chwalić i tak w ogóle to z wiarą nam strasznie nie po drodze. Pora przestać traktować byłe siostry zakonne jak dziwolągi, doszukiwać się sensacji w ich odejściu i snuć teorie spiskowe. Każda osoba, która rozpocznie życie zakonne lub pójdzie do seminarium MA PRAWO ZMIENIĆ ZDANIE I OPUŚCIĆ WSPÓLNOTĘ, DO KTÓREJ DOŁĄCZYŁA. Inną rzeczą jest następujące potem często obwinianie innych za swoje niepowodzenie i wylewanie pomyj na wspólnotę i cały kościół. Znam też przypadki, gdzie o osobach, które opuściły zakon, mówi się, że umarły. To też jest strasznie chamskie i niesprawiedliwe. Świątobliwe mniszki nie okazują miłosierdzia wyrażając się w ten sposób. Reasumując, nie oceniajmy innych, bo nie wiemy, co się dzieje w ich wnętrzu i skupmy się na swoichs sprawach.
2) ludzie z zewnątrz, bez względu na to, jak dobrych intencji by nie mieli, nie poprawią jakości życia sióstr zakonnych.
Powtarzam, jakbyście się nie starali, ludzie z zewnątrz nie są w stanie zrozumieć specyfiki klasztornej codzienności. Nie mówię, że tam wszystko jest ładnie i cacy, ale te wszelkie hasła nawołujące do równego traktowania, do zwiększania autonomii sióstr, do luzowanie wszelkich obostrzeń są...bez sensu. Siostry same decydują o swoim życiu, służą temu rozmowy, służy coś, co się nazywa kapitułą, podczas której wybiera się przełożonych, omawia najważniejsze sprawy itd. Czy wyobrażasz sobie, że ktoś będzie w mediach omawiał problemy Twojej rodziny? Krytykował i mówił, jaka to u Was patologia i jak Wam wszystkim jest źle... A no tu trochę jest podobnie. No i może nie wiesz, ale o zgromadzeniu zakonnym mówi się też rodzina zakonna. I jeszcze jedna kwestia - siostry patrzą na swoje życie przez pryzmat wiary (no, przynajmniej powinny), my - ludzie spoza - patrzymy "po ludzku". Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia....
środa, 30 listopada 2022
Książki o byłych zakonnicach cz. 2
Do listy dopisuję:
Zrzuciłam habit" - Marion Dante
"Boża ladacznica" Carla van Raay
piątek, 4 marca 2022
STOP THE WAR
Wywodzę się z rodziny, w której żywa jest pamięć o okrucieństwach, których starsze pokolenie doświadczyło ze strony banderowców. To samo pokolenie mówi, że pora napisać nową historię i pomagać tym, którzy teraz doświadczają tragedii wojny. Szanuję, podziwiam! Pomagamy...
Bądźmy razem w tym ciężkim czasie. Pomagajmy mądrze! I módlmy się o pokój!
sobota, 12 lutego 2022
Książki o byłych zakonnicach
Już tak mam, że jak się zafiksuję na jakimiś temacie to nie ma przebacz i zgłębiam go, dopóki nie znajdę czegoś nowego. Szczególnie interesujące są dla mnie historie sióstr zakonnych, które opuściły klasztorne mury. W internecie można znaleźć sporo historii kobiet, które doświadczyły życia w zakonie, ale książek wciąż jak na lekarstwo. A może inaczej - znajduję tytuły i dane autora, ale z dostępnością już gorzej. Stworzyłam sobie więc taką listę "must have" i co jakiś czas sprawdzam czy te perełki da się gdzieś kupić.
1) Abramowicz Marta - "Zakonnice odchodzą po cichu" (MAM!)
2) Kowalska Iwona - "Byłam w Karmelu" (MAM!)
3) Kowalski Antoni - "Za klasztornym murem" (MAM!)
4) Peters Veronika - "Co się mieści w dwóch walizkach"
5) Siostra Jesme - "Byłam zakonnicą w indyjskim klasztorze"
6) Skowrońska Katarzyna - "Byłam zakonnicą. Pamiętnik Siostry Petry"
7) Rowiński Aleksander - "Wstąpcie do klasztoru"
Dorzucam jeszcze dwie pozycje, które pokazują ciemne strony życia w zakonach:
1) Budzyńska Natalia - "Ja nie mam duszy. Sprawa Barbary Ubryk, uwięzionej zakonnicy, której historią żyła cała Polska"
2) Kopińska Justyna - "Czy Bóg wybaczy Siostrze Barnadetcie" (MAM! Ta książka miażdży, mieli i boli, ale warto po nią sięgnąć, bo zło jest zawsze złem i zasługuje na karę nawet wtedy, a może szczególnie wtedy, gdy wyrządzają je osoby reprezentujące KK).
czwartek, 19 listopada 2020
Kardynał Gulbinowicz
Zmarł kard. Henryk Gulbinowicz. I ja cały czas o nim myślę. Głupie, nie? Nie znałam go osobiście, ale widziałam kilka razy w różnych kościołach podczas rozmaitych uroczystości. No i teraz, gdy się okazało, że Stolica Apostolska wymierzyła mu karę, a kilka dni potem zmarł, mam niezłego zonka. No, bo jak to jest z tym wszystkim? Czy zarzuty pod adresem kardynała były prawdziwe? Czy rzeczywiście, jako wysoko postawiony duchowny, współpracował z SB? Czy faktycznie kogoś molestował? Pomijam już nawet zarzut o tuszowanie pedofilii, bo akurat w to jestem w stanie uwierzyć. Niestety.... Ale i tak mam mózgo-spięcie, bo np. mój proboszcz cały czas mówił o kardynale w samych superlatywach, opowiadał często historię jego życia, szczególnie podkreślając podpalenia samochodu... Taki przejaw prześladowania kościoła za komuny! I ja, jako dziecko, nasiąkłam tymi opowieściami, i teraz czuję się zagubiona. Ja i moja wiara również. Ksiądz powinien być przecież pasterzem swojego stadka, a nie wilkiem w owczej skórze, który czyha na te najbardziej bezbronne osobniki... Gdzie w tym jest Jezus i Jego nauka? Jak nie zwątpić w Boga, gdy się okazuje, że ci, którzy mają za zadanie głosić Ewangelię, nie zawsze żyją zgodnie z jej duchem? Z drugiej strony, choć wielu może mnie uznać za kretynkę, ja jakoś nie mogę do końca uwierzyć, że kard. Gulbinowicz naprawdę był winny. Nie mieści mi się w głowie, choć z drugiej strony Stolica Apostolska chyba by nie robiła pokazówy z tą swoją opinią i sankcjami nałożonymi tego leciwego księdza. Nie odwrócę się od Kościoła, nie chodzę tam dla księży, tylko dla Jezusa, ale smucą mnie te wszystkie informacje o złu wyrządzonym przez duchownych.
Wracając do kard. Gulbinowicza... może w jego przypadku potwierdziło się stare porzekadło, że Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy? Jak by nie było, teraz kardynał jest już na Boskim Sądzie, a nam pozostaje wierzyć, że Kościół się kiedyś oczyści i nikt już nie ucierpi przez karygodne działania kleru.
poniedziałek, 16 listopada 2020
Koronawirus i ja
No i stało się - otrzymałam swoją "koronę". Uparty wirus dręczył mnie długo i dziś jeszcze czuję osłabienie, ale, dzięki Bogu, nie musiałam iść do szpitala. Dręczyła mnie gorączka, która się długo utrzymywała, bóle wszystkich części ciała (nawet włosów i paznokci), a zwłaszcza głowy oraz pleców. Odczuwałam też ogromne osłabienie i straciłam węch. Z tym węchem to było nawet zabawnie, bo co rusz moi domownicy mogli zobaczyć jak wpycham nos do proszku do prania albo do puszki z kawą, żeby sprawdzić samą siebie. Mnie samą to bawiło, ale faktycznie nie czułam nic. Dobrze, że nie straciłam smaku, bo lubię dobre jedzonko, ale i tak mało jadłam, bo przez dłuższy czas nie miałam apetytu. Jednym z najtrudniejszych momentów była podróż do mobilnego punktu poboru wymazów. Zostałam tam zawieziona, bo ciężko mi było wyjść do samochodu, a co tu dopiero mówić o samodzielnym prowadzeniu. I uwierzcie mi, jeszcze nigdy jazda autem nie była dla mnie taka trudna i uciążliwa. Pomijam fakt, że droga wlekła się w nieskończoność, a każda dziura czy podskok auta na nierówności był nie do wytrzymania. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że przed nami jest około 10 samochodów. Rozpoczęło się czekanie. Wymaz pobrano mi z gardła. Całe szczęście, że nie z nosa, bo właśnie z nosa miałam robiony pierwszy test parę miesięcy temu i do tej pory wzdrygam się na samo wspomnienie. Brrrr! Wynik najnowszego testu przyszedł po kilku dniach. I zaczęłam robić "rachunek sumienia" z kim miałam kontakt i kogo mogłam zarazić. Bo świadomość, że mogłam na kogoś sprowadzić to dziadostwo była najgorsza. Potem był telefon z Sanepidu, jakoś pod dwóch dniach. Czekałam, że zadzwoni do mnie automat, ale zadzwonił prawdziwy człowiek. Do mojego taty jednak zadzwonił już automat (domownicy z bazy trafili na kwarantannę). Co by tu jeszcze... A no, miałam też parę dni mega ciężkiego nastroju, bo nie dość, że ja się borykałam z wirusem, to dochodziły mnie różne smutne wiadomości o tym, co się dzieje w moim otoczeniu i tak jakoś mnie to rozwaliło.
Jak się zaraziłam? Od kogo? Kiedy? Nie mam pojęcia. Starałam się przestrzegać wszelkich zasad, nosiłam maseczkę, dezynfekowałam ręce, a i tak mnie dopadło. Najpierw myślałam, że to przeziębienie i mnie przewiało, gdy pracowałam w ogrodzie. Ale gdy gorączka nie ustępowała i zaczęłam bacznie samą siebie obserwować, podjęłam decyzję o kontakcie z lekarzem. A on nie zwlekał ze skierowaniem mnie na test. I tak w końcu dowiedziałam się, że jestem pozytywna. Teraz już czuję się o wiele lepiej, pomijając to głupie zmęczenie po zwykłych domowych czynnościach. Cieszę się również, że mogłam czekać na pobranie wymazu w samochodzie i nie musiałam stać w kolejce na zewnątrz przez parę godzin. Słyszałam, że w wielu miastach tak właśnie było. Ja bym nie ustała, padłabym na pysk!
Dzięki chorobie przekonałam się również jacy są ludzie wokół mnie. Jestem niesamowicie wdzięczna osobom, które mnie wspierały dobrym słowem, gotowością pomocy czy choćby pytaniami jak się czuję. Szczególnie dziękuję mojemu zaopatrzeniowcowi, który robił i dowoził mi zakupy. Takich rzeczy się nie zapomina! Dziękuję też pewnej osobie, która zaopatrzyła mnie w syrop! Ludzka życzliwość naprawdę pomaga w trudnych chwilach! Dziękuję też pewnej osobie z rodziny, która przywiozła kosz jedzenia, dzięki czemu mieliśmy co jeść przez kilka dni bez konieczności gotowania, a nikt z nas nie miał siły stać przy garach...
Na zakończenie tego wpisu pragnę wyrazić swoje uznanie i wdzięczność wobec Pani, która obsługiwała ten nasz mobilny punkt. Dziękuję za Pani pracę, za cierpliwość, uśmiech i pełen profesjonalizm. Dziękuję Pani i wszystkim pracownikom służby zdrowia za wszystko, co dla nas robią, a zwłaszcza za ich ich pracę w tym mega ciężkim dla świata czasie. Pozdrawiam też pracowników Sanepidu, a zwłaszcza Panią, która do mnie dzwoniła. Mam nadzieję, że nie nadwyrężyłam jej cierpliwości i dziękuję za zrozumienie.
Pozdrawiam serdecznie i wszystkim osobom, które to czytają, życzę dużo zdrowia!
czwartek, 15 października 2020
Martwię się!
niedziela, 16 sierpnia 2020
Negatywna.
Wynik test na koronawirusa wyszedł mi negatywny, wróciłam więc do normalnego życia i już zapomniałam o tym całym cyrku. Noszę jednak maseczkę, do sklepu zakładam rękawiczki, staram się unikać większych skupisk ludzi i jakoś żyć. Najgorszy w tym wszystkim był test i pobieranie próbki z nosa. Brrr!
niedziela, 2 sierpnia 2020
Kwarantanna. Czekając na...
Kwarantanna trwa. Test.
czwartek, 30 lipca 2020
Kwarantanna - do biegu, gotowi, start!
piątek, 3 lipca 2020
Pracowity piątek
Korci mnie, by zacząć nagrywać podcasty...ale czy ludzie chcieliby mnie słuchać?...
wtorek, 16 czerwca 2020
LGBT
Nie oceniam ludzi przez pryzmat tego, kogo wpuszczają do łóżka. Raz, że to nie mój interes. Dwa, że to takie płytkie!
Nikt z nas nie wybiera sobie orientacji, czasem trzeba się namęczyć, by ją odkryć, ale to tyle. Natura - nic nie poradzisz. A walka, leczenie czy wypieranie tego, kim się jest...no, nie ma sensu i do niczego dobrego nie prowadzi. Nie jestem przesadnie tolerancyjna ani skrajnie konserwatywna, ale politycy nie mogą dyskryminować obywateli! Powtarzam więc - moi przyjaciele to nie ideologia, moi przyjaciele to ludzie! Na ideologii opierają się natomiast partie polityczne! Łączą ludzi o wspólnych celach i przekonaniach, i dążą do przejęcia władzy. Co ciekawe, taki zarzut często jest kierowany w stronę osób LGBT :)! Ale spoko, chociaż w naszym kraju rządzi teraz "jedyna słuszna opcja" to prędzej czy później przeminie i pojawi się inny twór. A LGBT jak było, tak będzie, bo...to nie ideologia tylko ludzie z krwi i kości. Rodzili się, rodzą i będą się rodzić. No, samo życie!
wtorek, 9 czerwca 2020
"Wdzięczna" bezdzietna
czwartek, 4 czerwca 2020
"Władca Pierścieni". Koronowirus. Czerwiec.
piątek, 17 kwietnia 2020
Jak do tego doszło, nie wiem...
Ratunku szukam w pracy fizycznej na podwórzu (jestem leniem, ale praca mi pomaga) i w książkach. Epidemia pomogła mi zrozumieć, że powinnam być dla siebie dobra. Że małe gesty mają wielkie znaczenie. Dlatego malują paznokcie, zakładam kolczyki, delektuję się kawą. Cieszę obecnością najbliższych. Doceniam, że mam się do kogo odezwać. Doceniam przestrzeń - ogród i sad. Dziękuję za smartfona i interent, dzięki którym mogę rozmawiać z rodzeństwem i przyjaciółmi, patrzeć na nich i mieć namiastkę ich obecności. Cel mam jeden - NIE OSZALEĆ. Telewizję omijam. Teorii spiskowych w sieci nie śledzę. Interesują mnie jedynie liczby zakażonych, ozdrowiałych i zmarłych, zwłaszcza w moim regionie. W świat ruszam tylko wtedy, gdy muszę iść do pracy lub na zakupy. Bez szemrania nakładam rękawiczki i maseczkę. I trzymam kciuki, by panie kasjerki były zdrowe, by pani w aptece się nie zaraziła, i by ten cały wirus poszedł sobie w cholerę. Albo gdzieś dalej. I już nie wrócił.
niedziela, 14 kwietnia 2019
Odchudzam się, ale...
czwartek, 11 kwietnia 2019
Stażyści
poniedziałek, 8 kwietnia 2019
Nauczyciel Vs krowa
niedziela, 31 marca 2019
O Szustaku
A wracając do o. Adama - polecam każdemu! Ludzie, jeśli tylko będzie głosił w Waszych okolicach to idźcie koniecznie! Gwarantuję, że usłyszycie treści, na które nie pozostaniecie obojętni!
Wiem, wiem, wyszło strasznie górnolotnie, sorry! Ale te rekolekcje naprawdę dodały mi skrzydeł! Dobra, powiedzmy wprost, fajnie jest zobaczyć znanego "jutubura", o. Adam jest mega medialny, ale to przede wszystkim KSIĄDZ, ZAKONNIK, który niestrudzenie wędruje po świecie i głosi. I to jest najważniejsze :).
piątek, 11 stycznia 2019
PINK PUNK
sobota, 5 stycznia 2019
"Ciotka Zgryzotka"
Pani Małgorzato, dziękuję za Pani twórczość!
niedziela, 30 grudnia 2018
Zdrada? Wtf???
***
W kwietniu wstąpiłam w związek małżeński. Ani mój mąż, ani ja ideałami nie jesteśmy, ale dobrze nam razem, i mam nadzieję, że zawsze się będziemy kochać i wspierać. Piszę o tym, choć to wydaje się oczywiste, ponieważ trafiłam gdzieś na tekst o tzw. zdradzie kontrolowanej, czyli praktyce, w ramach której mężowie i żony zdradzają się z wybraną osobą, aby tym samym spełnić swoje fantazje. To chore! Gdzie tu miłość, która się przysięgało, skoro ktoś się godzi, by jego współmałżonek uprawiał seks z kimś innym??? Gdzie szacunek? Gdzie godność? Przyzwoitość? Zasady moralne? Uczciwość? Wierność??? To obłęd jakiś! Przysięga małżeńska jest święta, składana drugiej osobie przed Bogiem, i choć czasem uwiera (jesteśmy tylko ludźmi), to jednak wyznacza drogę, którą mąż i żona mają podążać! Ani mi się śni zdradzać męża, a co tu dopiero mówić o zaplanowanym akcie. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby mój mąż czegoś takiego sobie zażyczył i mam nadzieję, że nigdy to nie nastąpi. Bo dla mnie, powtarzam, przysięga to nie wyświechtany frazes, lecz zobowiązanie i obustronny dar, któremu można podołać dzięki pomocy Nieba. I życzę wszystkim Małżonkom, aby wytrwali w tym, co ślubowali! A narzeczonym życzę owocnego duchowego przygotowania do zawarcia związku małżeńskiego...
***
Pod koniec lata rozpoczęłam nową pracę. Z pewną dozą nieśmiałości przyznaję, że wymodloną, bo modliłam się oto, by znaleźć taką pracę, w której mogłabym robić to, co kocham i na czym się znam. Bóg jest dobry!...