Wynik test na koronawirusa wyszedł mi negatywny, wróciłam więc do normalnego życia i już zapomniałam o tym całym cyrku. Noszę jednak maseczkę, do sklepu zakładam rękawiczki, staram się unikać większych skupisk ludzi i jakoś żyć. Najgorszy w tym wszystkim był test i pobieranie próbki z nosa. Brrr!
niedziela, 16 sierpnia 2020
niedziela, 2 sierpnia 2020
Kwarantanna. Czekając na...
Wyniku testu nadal nie znam. Podobno ma być dzisiaj. Pada deszcz więc będę mogła sobie odpocząć od pracy w ogrodzie. Ale nie tak całkiem, bo wrzucam tu na bloga nową zakładkę, aby pokazać, co wokół mnie rośnie.
Kwarantanna trwa. Test.
Przeszłam test na "koronę" i teraz czekam na wynik. Pan, który pobierał próbkę sympatyczny, samo badanie TRAGEDIA. Nieprzyjemne w ciul. Podobno dziś ma być wynik. PODOBNO, bo z tym całym wirusem to nic niewiadomo. Ciężki wyłuszczyć fakty spośród miliona teorii spiskowych. Pan wsadził mi głęboko do nosa patyczek (trochę taki jak do uszu, ale dłuższy) i trzymał przez chwilę najpierw w jednej, a potem w drugiej dziurce. Suuupeeer uczucie - brrrr. Łzy same mi poleciały, bałam się, że dotknie mi mózgu he he.
czwartek, 30 lipca 2020
Kwarantanna - do biegu, gotowi, start!
Trafiłam na kwarantannę, a wraz ze mną moi domownicy. W zasadzie to nie wiem, jak to skomentować. Odcięcie mi nie przeszkadza, mam co robić w domu i na posesji. Czekam na test. Gdy tylko informacja o moim "areszcie" poszła w świat, od razu otrzymałam wiadomości, że jak mi będzie czegoś potrzeba, to mam dzwonić i już. To miłe! Bardzo! Był też kontakt trochę mniej miły, od osób, z którymi się spotkałam... Mam nadzieję, że mi wierzą, że gdybym teraz wiedziała to, co dziś wiem, to siedziałabym na tyłku... Serio, nie jest moim marzeniem mieć "koronę" ani zarazić nią innych. Ech, marzył mi się też urlop, już nawet miałam w ręku odpowiedni wniosek, a tu zonk. Jest wolne, ale nie takie, jakie sobie wymarzyłam. I co z tego, że chodziłam w maseczce i rękawiczkach (kościół - jako jedyna, sklep - często jako jedna z nielicznych) i starałam się unikać większych skupisk ludzkich, skoro wirus krył się niemal "pod nosem"... Teraz przechodzę etap lekkiego buntu i obaw, co będzie jeśli będę pozytywna. Nie chcę trafić do szpitala i nie chcę, by moi domownicy ucierpieli.
piątek, 3 lipca 2020
Pracowity piątek
Czosnek wykopany. Gałęzie jabłoni podparte, by nie złamały się pod ciężarem owoców. Bób zerwany, częściowo. Zaproszenia dla przyjaciółki ogarnięte. Pranie zrobione i rozwieszone. Zakupy za mną. Trawa skoszona. To był pracowity piątek.
Korci mnie, by zacząć nagrywać podcasty...ale czy ludzie chcieliby mnie słuchać?...
Korci mnie, by zacząć nagrywać podcasty...ale czy ludzie chcieliby mnie słuchać?...
wtorek, 16 czerwca 2020
LGBT
Moi przyjaciele to nie ideologia, moi przyjaciele to ludzie.
Nie oceniam ludzi przez pryzmat tego, kogo wpuszczają do łóżka. Raz, że to nie mój interes. Dwa, że to takie płytkie!
Nikt z nas nie wybiera sobie orientacji, czasem trzeba się namęczyć, by ją odkryć, ale to tyle. Natura - nic nie poradzisz. A walka, leczenie czy wypieranie tego, kim się jest...no, nie ma sensu i do niczego dobrego nie prowadzi. Nie jestem przesadnie tolerancyjna ani skrajnie konserwatywna, ale politycy nie mogą dyskryminować obywateli! Powtarzam więc - moi przyjaciele to nie ideologia, moi przyjaciele to ludzie! Na ideologii opierają się natomiast partie polityczne! Łączą ludzi o wspólnych celach i przekonaniach, i dążą do przejęcia władzy. Co ciekawe, taki zarzut często jest kierowany w stronę osób LGBT :)! Ale spoko, chociaż w naszym kraju rządzi teraz "jedyna słuszna opcja" to prędzej czy później przeminie i pojawi się inny twór. A LGBT jak było, tak będzie, bo...to nie ideologia tylko ludzie z krwi i kości. Rodzili się, rodzą i będą się rodzić. No, samo życie!
Nie oceniam ludzi przez pryzmat tego, kogo wpuszczają do łóżka. Raz, że to nie mój interes. Dwa, że to takie płytkie!
Nikt z nas nie wybiera sobie orientacji, czasem trzeba się namęczyć, by ją odkryć, ale to tyle. Natura - nic nie poradzisz. A walka, leczenie czy wypieranie tego, kim się jest...no, nie ma sensu i do niczego dobrego nie prowadzi. Nie jestem przesadnie tolerancyjna ani skrajnie konserwatywna, ale politycy nie mogą dyskryminować obywateli! Powtarzam więc - moi przyjaciele to nie ideologia, moi przyjaciele to ludzie! Na ideologii opierają się natomiast partie polityczne! Łączą ludzi o wspólnych celach i przekonaniach, i dążą do przejęcia władzy. Co ciekawe, taki zarzut często jest kierowany w stronę osób LGBT :)! Ale spoko, chociaż w naszym kraju rządzi teraz "jedyna słuszna opcja" to prędzej czy później przeminie i pojawi się inny twór. A LGBT jak było, tak będzie, bo...to nie ideologia tylko ludzie z krwi i kości. Rodzili się, rodzą i będą się rodzić. No, samo życie!
wtorek, 9 czerwca 2020
"Wdzięczna" bezdzietna
Dziękuję - wiadomo komu - za cień nadziei, że wreszcie i ja - szara, ciemna masa pracująca - będę mogła liczyć na coś za darmo i dostanę hajsy na urlop. Niestety, przekonałam się, że jestem nic nie warta, bo się nie rozmnożyłam, ale cieszę się niezmiernie, że będę współfinansować wypoczynek dzieci... Jestem rozczarowana, serio! Uwierzyłam wiadomo komu (głupia ja!), oddałam swój głos na wiadomo kogo i...to się więcej nie powtórzy! Dużo - wiadomo komu - wybaczyłam, ale teraz czara goryczy się przelała i potraktuję - wiadomo kogo- tak jak wiadomo kto mnie - udam, że nie widzę...
czwartek, 4 czerwca 2020
"Władca Pierścieni". Koronowirus. Czerwiec.
Po latach przeczytałam ponownie "Władcę Pierścieni" i teraz przechodzę kryzys czytelniczy, bo lepszej powieści po prostu nie ma! Więc po co mam czytać, skoro wiem, że dzieło Tolkiena to totalne arcydzieło i nic mu nie dorówna? No, dobra - czytam, bo lubię czytać, ale stałam się bardzo krytyczna i rzadko kiedy jestem gotowa przyznawać książkom choćby jedną gwiazdkę Michelin. Poza tym, odczuwam niedosyt w stosunku do "Władcy", bo trzy tomy to za mało! Zdałby się choćby jeszcze jeden, tak, by się było nasycić dalszymi losami hobbitów i ich przyjaciół... I jeszcze jedno - twórcy filmu pozmieniali trochę faktów, w tym jeden wyjątkowo ważny - śmierć Sarumana! Nie wspomnę już o pominięciu wątku Toma Bombadila...
Ech, nie ma to jak życiowe problemy... (uśmiech!).
Z innych spraw - koronawirus nas nie opuszcza, chociaż kolejne obostrzenia są luzowane lub znoszone. Nie do końca mi się to podoba, bo moim skromnym zdaniem, przywykliśmy już do tego całego "ukrytego wroga", spowszedniał nam, przestał wydawać się tak groźny jak na początku, a przez to zaczynamy dostawać "małpiego rozumu" i olewamy środki ostrożności. Przykład? Proszę bardzo! Na drzwiach pewnego zakładu wisi wielki napis, przypominający o konieczności zdezynfekowania rąk i obowiązkowej maseczce NA TWARZY (nie w kieszeni,nie na szyi), ale klienci nic sobie z tego nie robią. Są i tacy, którzy do środka wejdą z zakrytym "fejsem", ale jak już się znajdą w biurze to zaraz go odsłaniają. Gdzie tu sens? Gdzie logika? Hasło "KRYJ RYJ" obowiązuje! Ja maseczkę grzecznie noszę i równie grzecznie zakładam rękawiczki, gdy sytuacja tego wymaga (sklep, bankomat), bo dzięki temu czuję się lepiej psychicznie (wiem, że nic w 100% mnie nie ochroni), no i nie chciałabym przywlec do domu "korony". Koronę to ja mogę włożyć na głowę, ot co! (śmiech).
A tak w ogóle to ja nie mogłabym być mniszką klauzurową (czyli taką, co siedzi w klasztorze, oddzielona od świata kratą), bo już mnie męczy siedzenie w domu i prace ogrodowe, i spędzanie czasu w sadzie. Owszem, dzięki temu przetrwałam najtrudniejszy czas radykalnych obostrzeń, ale teraz już mi się nudzi. Wiem, mogłabym gdzieś pojechać, ale na to jeszcze nie mam odwagi. Taki mi się impas aktywował!
piątek, 17 kwietnia 2020
Jak do tego doszło, nie wiem...
Nie! Nie zaśpiewam Wam tu Martyniuka. Never! Jestem w szoku, że jeśli dobrze widzę, to od mojego ostatniego wpisu minęło 11 miesięcy! To prawie rok! Cholera jasna! Jak??? Gdzie ja byłam przez ten czas? No, szok! Jak do tego doszło, nie wiem... Dobrze mi coś podpowiadało, że pora się uzewnętrznić i choć trochę się odstresować na blogu. Pisanie zawsze mnie oczyszcza, pomaga dotrzeć do tego, co najważniejsze i sprawia mi przyjemność. Lubię to. A w tych czasach małe przyjemność są szczególnie ważne. Bo żyjemy w ciągłym stresie, zamknięciu, niepewności, pogrążamy się w tęsknotach, obawach o siebie i najbliższych, buntujemy przeciwko wyborom i ze zdumieniem obserwujemy kolejne rewelacyjne działania rządu. Nie chcę się babrać polityką, nie znam się na niej, ale organizowanie wyborów w takim czasie? Serio??? BEZ KOMENTARZA! Jestem idealistką, wierzę w dobro i w człowieka, w wierność zasadom, honor, lojalność i zaufanie. A w kontekście politycznym moje zaufanie zostało PRZEORANE. I łażę teraz jak głupia z bruzdą w sercu i w umyśle, no i sama nie wiem, co to będzie. Z tym wszystkim. Życie jest trudne. Wczoraj płakałam, bo mi się nazbierało. Chyba po raz pierwszy od dnia, w którym ta cała korono-szopka się zaczęła. Trawi mnie strach i niepewność. Ukojenie przynosi modlitwa, ale nie na długo. Chyba brak mi wiary. A może nie? Tak, gdzie rozum mi mówi, że to wszystko jest bez sensu, rośnie moja chęć chcenia zaufania, że Pan Bóg jest z nami, że nie porzucił. Że wspiera lekarzy, że leczy zakażonych, smuci się z tym, którzy żegnają bliskich, że świecy nie zagasi, a trzciny nie złamie...
Ratunku szukam w pracy fizycznej na podwórzu (jestem leniem, ale praca mi pomaga) i w książkach. Epidemia pomogła mi zrozumieć, że powinnam być dla siebie dobra. Że małe gesty mają wielkie znaczenie. Dlatego malują paznokcie, zakładam kolczyki, delektuję się kawą. Cieszę obecnością najbliższych. Doceniam, że mam się do kogo odezwać. Doceniam przestrzeń - ogród i sad. Dziękuję za smartfona i interent, dzięki którym mogę rozmawiać z rodzeństwem i przyjaciółmi, patrzeć na nich i mieć namiastkę ich obecności. Cel mam jeden - NIE OSZALEĆ. Telewizję omijam. Teorii spiskowych w sieci nie śledzę. Interesują mnie jedynie liczby zakażonych, ozdrowiałych i zmarłych, zwłaszcza w moim regionie. W świat ruszam tylko wtedy, gdy muszę iść do pracy lub na zakupy. Bez szemrania nakładam rękawiczki i maseczkę. I trzymam kciuki, by panie kasjerki były zdrowe, by pani w aptece się nie zaraziła, i by ten cały wirus poszedł sobie w cholerę. Albo gdzieś dalej. I już nie wrócił.
Ratunku szukam w pracy fizycznej na podwórzu (jestem leniem, ale praca mi pomaga) i w książkach. Epidemia pomogła mi zrozumieć, że powinnam być dla siebie dobra. Że małe gesty mają wielkie znaczenie. Dlatego malują paznokcie, zakładam kolczyki, delektuję się kawą. Cieszę obecnością najbliższych. Doceniam, że mam się do kogo odezwać. Doceniam przestrzeń - ogród i sad. Dziękuję za smartfona i interent, dzięki którym mogę rozmawiać z rodzeństwem i przyjaciółmi, patrzeć na nich i mieć namiastkę ich obecności. Cel mam jeden - NIE OSZALEĆ. Telewizję omijam. Teorii spiskowych w sieci nie śledzę. Interesują mnie jedynie liczby zakażonych, ozdrowiałych i zmarłych, zwłaszcza w moim regionie. W świat ruszam tylko wtedy, gdy muszę iść do pracy lub na zakupy. Bez szemrania nakładam rękawiczki i maseczkę. I trzymam kciuki, by panie kasjerki były zdrowe, by pani w aptece się nie zaraziła, i by ten cały wirus poszedł sobie w cholerę. Albo gdzieś dalej. I już nie wrócił.
niedziela, 14 kwietnia 2019
Odchudzam się, ale...
...na weekend zawiesiłam dietę. Od jutra wracam do moich zmagań. Pozbyłam się 11. kilogramów. Kolejne czekają.
czwartek, 11 kwietnia 2019
Stażyści
Lubię pracować ze stażystami. Odzywa się wtedy we mnie nauczycielski zew, staram się najlepiej jak potrafię wprowadzać ich w życie firmy i różne obowiązki. Nie traktuję stażystów jak maszynki do robienia kawa, nie pozwalam też, by siedzieli i się obijali. Jeśli to możliwe, dają im samodzielne zadania do wykonania, jak czegoś nie wiedzą to wyjaśniam. Jak sama czegoś nie wiem, to odsyłam do kogoś mądrzejszego. Jak ja byłam na stażu to bywało różnie i często traktowano mnie z góry. Ja tak nie chcę, bo stażysta nie jest w niczym gorszy od etatowego pracownika, jest po prostu na innym etapie zawodowym i życiowym. Zdarzyła mi się jedna osoba, której nie lubiłam. Bywa. Jestem tylko człowiekiem. Na szczęście jej staż nie był długi :-], ale też nie zatrułam jej życia. Zdarzyła się osoba, która strasznie plotkowała, o mało nie skłóciła mnie z pewną firmową "szychą", kiepsko to zniosłam, ale było minęło, mój stosunek do stażystów się nie zmienił, ale uraz do tej istoty pozostał.
poniedziałek, 8 kwietnia 2019
Nauczyciel Vs krowa
Jestem przeciwna strajkowi nauczycieli. Przyznam jednak szczerze, że jak usłyszałam, że będą hajsy na krówki i świnki to mnie o mało szlag nie trafił! Bo taka propozycja złożona w czasie strajku oświatowego to szczyt bezczelności, chamstwa i złośliwości! Nie mam nic do rolników, ba, niezmiernie cenię ich ciężką pracę, ale jak to jest, że na zwierzęta kasa będzie, a na podwyżki dla belfrów nie... I w ogóle, co to za kraj, który rozdaje różne "plusy" wszystkim, tylko nie ludziom ciężko pracującym i wykształconym... Nie mam "500+", bo nie mam dzieci, nie korzystam z "300+" na podręczniki, bo nie mam dzieci, nie dostanę 13. emerytury, bo nie jestem emerytem, nie dostanę zasiłku z OPS, bo żyję na poziomie... na poziomie najniższej krajowej, ale kogo to obchodzi... Rachunki, tankowanie, jedzenie i w portfelu robi się dziwnie pusto i ubogo... Nie daj Boże wesela w rodzinie czy innej ważnej uroczystości, bo albo nie pójdę, albo będę musiała odkładać z półrocznym wyprzedzeniem. Ubezpieczenia auta to kolejny dramat, jak mus to mus i polisę trzeba wykupić, ale serio, za takie mega kwoty? Litości! Ubrania...zaopatruję się najczęściej w lumpeksie, czasem dostaję coś od przyjaciółki, w przypływach szczęścia i szaleństwa idę do sklepu. A tak kolejny zonk, bo jestem dużą osobą, a ciuchy dla dużych są droższe. Buty...kupuję raz na kilka lat, kosmetyki podstawowe i najtańsze. Książki...na co mi książki, no nie? A jednak! Najczęściej używane lub jakieś dary, do księgarń wpadam sporadycznie, bo kuszą! Pierwszym autem jeździłam kilkanaście lat, aż umarło śmiercią naturalną ze starości, kupiłam drugie dzięki długiemu oszczędzaniu i pożyczce. Będę nim jeździć dopóki będzie mnie stać na paliwo.:-] Kosmetyczka? Ostatnio byłam rok temu! Przed weselem! Fryzjer? Kumpla mam, to korzystam. Kino? Zdarza się, ale sporadycznie i to nie takie sieciowe, a zwykłe, gdzie bilet wynosi 12 zł. Koncerty? Tylko podczas dni miast, bo za darmo. Urlop? Dostanę, a jakże, z tym, że nie wiem, kiedy... Mogłabym tak bez końca wymieniać, ale po co... To problemy, które dotykają większości społeczeństwa. I coś się mnie nie wydaje, żeby w najbliższym czasie miało być lepiej... W sumie, to tak na codzień staram się trzymać fason i właściwie nie skarżę się światu jak mi ciężko, ale bywają dni, jak dziś, że coś we mnie pęka i minę mam nietęgą. Fajnie by było móc nie martwić się o finanse...albo żeby choć odpowiedzialność w robocie była mniejsza...
niedziela, 31 marca 2019
O Szustaku
Mam za sobą rekolekcje, które prowadził o. Adam Szustak OP. Boże, jak ja się cieszę, że mogłam w nich uczestniczyć!!! Wiązało się to z tym, że przez trzy dni i trzy wieczory nie miałam kompletnie czasu dla siebie, bo do miejscowości, gdzie o. Adam głosił, mam kawał drogi, ale dało się! Trzy dni pełne wrażeń i słów, które zapadają w pamięć, serce i zmuszają do myślenia. Cudowny czas! Mam nadzieję, że wyda w moim życiu dobre owoce... Nie spodziewam się, żebym miałam kiedykolwiek poznać o. Adama osobiście, ale gdybym jednak go spotkała to serdecznie bym mu podziękowała :). Znalazłam na yt jego osobiste świadectwo i to też na mnie podziałało. Trochę to było podobne, do tego, co się wydarzyło w moim życiu i nikt mi nie powie, że Pana Boga nie ma albo że się ludźmi w ogóle nie przejmuje. Co mnie uderzyło w przeżytych rekolekcjach? Będzie prozaicznie, ale...tłum i ścisk! Serio! Ludzi było tyle, że aż trudno uwierzyć, pierwszego dnia przyjechałyśmy późno i w efekcie stałyśmy przez całą mszę i potem na konferencji. Dałam radę, choć myślałam, że kręgosłup ze mnie wyjdzie, stanie obok i zaśmieje mi się w twarz :). Oblężenie parkingu też było mega wielkie, a jak zobaczyłam dwa autokary pod kościołem to już w ogóle zwątpiłam, że uda nam się znaleźć miejsce wewnątrz świątyni. Ale się udało. Drugiego dnia przyjechałyśmy wcześniej, znalazłyśmy miejsce siedzące, ale z ujemnym skutkiem widokowym, tzn. kręgosłup już tak nie cierpiał, ale nie widziałyśmy ołtarza. A trzeci dzień to już w ogóle jazda. Miejsca siedzące, spowiedź, a potem...a potem już przez większą część konferencji stałyśmy, bo..bo jakoś tak nas naszło i wcale nie było to męczące. Spowiedź...tak, nie planowałam, ale się udało. Trafiłam na kapitalnego spowiednika i za to też jestem wdzięczna. Był to kapłan z dojrzałym, bardzo dojrzałym peselem, i jak tak zobaczyłam go przez kratki konfesjonału to sobie pomyślałam, że "księciunio" zaraz się rozsypie i pewnie głuchy więc jakoś się nie przejmowałam spowiedzią, ale jak już przyszła na mnie pora i zaczęłam swoje wyznania to przekonałam się jak bardzo się pomyliłam w swej ocenie :). Kapłan żywotny, konkretny, ludzki i ze znakomitym słuchem :), a do tego mądrze gadał :D!
A wracając do o. Adama - polecam każdemu! Ludzie, jeśli tylko będzie głosił w Waszych okolicach to idźcie koniecznie! Gwarantuję, że usłyszycie treści, na które nie pozostaniecie obojętni!
Wiem, wiem, wyszło strasznie górnolotnie, sorry! Ale te rekolekcje naprawdę dodały mi skrzydeł! Dobra, powiedzmy wprost, fajnie jest zobaczyć znanego "jutubura", o. Adam jest mega medialny, ale to przede wszystkim KSIĄDZ, ZAKONNIK, który niestrudzenie wędruje po świecie i głosi. I to jest najważniejsze :).
A wracając do o. Adama - polecam każdemu! Ludzie, jeśli tylko będzie głosił w Waszych okolicach to idźcie koniecznie! Gwarantuję, że usłyszycie treści, na które nie pozostaniecie obojętni!
Wiem, wiem, wyszło strasznie górnolotnie, sorry! Ale te rekolekcje naprawdę dodały mi skrzydeł! Dobra, powiedzmy wprost, fajnie jest zobaczyć znanego "jutubura", o. Adam jest mega medialny, ale to przede wszystkim KSIĄDZ, ZAKONNIK, który niestrudzenie wędruje po świecie i głosi. I to jest najważniejsze :).
piątek, 11 stycznia 2019
PINK PUNK
Kupiłam sobie ostatnio płytę Agnieszki Chylińskiej "PINK PUNK". Piszę, słuchając i...podoba mi się! Jest przekorna, chaotyczna, czasem pełna jazgotu, ale dobrze się tego słucha... Ostra. Nieobliczalna. A jednocześnie, w tym wszystkim, odkrywam Chylińską bezkompromisową, szukającą, szczerą, kobietę, artystkę, istotę, która ma w sobie szale szaleństwo młodości i bunt przeciw banałom. Osobistego tonu nadają dodatkowo zdjęcia Agi z różnych lat, które pojawiły się w dodatku z tekstami. Głos Chylińskiej nie jest idealny, momentami nawet bywa nieprzyjemny, ale ma moc i nie da się być na niego obojętnym. Gdyby się ktoś zastanawiał nad zakupem płyty to polecam. Ja mam i na pewno będę często słuchać!
sobota, 5 stycznia 2019
"Ciotka Zgryzotka"
Musierowicz nie traci formy! Właśnie skończyłam czytać 22 część "Jeżycjady" - "Ciotkę Zgryzotkę", i jestem mega wzruszona! W kilku miejscach miałam łzy w oczach - serio! Książkę nabyłam dziś i tak mnie wciągnęła, że przeczytałam ją w kilka godzin! I znowu poczułam się jak nastolatka, bo właśnie wtedy, mając lat naście, po raz pierwszy zetknęłam się z powieściami Małgorzaty Musierowicz i okazało się, że to przyjaźń na długie lata! Zabrzmi to głupio, ale czytając "Ciotkę", czułam się tak, jakbym wróciła do domu... Pełnego ciepła, miłości, książek i całego panteonu dobrze znanych postaci, mniej lub bardziej lubianych, ale bliskich... Musierowicz przywraca moją wiarę w ludzi, w to, że dobro zawsze zwycięża oraz pomaga wierzyć, że wszystko można przetrwać, jeśli się ma wokół siebie najbliższych. Czuję się ukojona lekturą i już sobie ostrzę ząbki na "Feblika", czyli tom "Jeżycjady", który poprzedza "Ciotkę", a którego jeszcze nie miałam okazji przeczytać...
Pani Małgorzato, dziękuję za Pani twórczość!
Pani Małgorzato, dziękuję za Pani twórczość!
niedziela, 30 grudnia 2018
Zdrada? Wtf???
2018. To był dobry rok. Trudny, ale dobry, cieszę się, że się kończy i z nadzieją wypatruję nowego. Największy cud to to, że moja Mama żyje, i wokół tego krążą moje myśli ilekroć jestem w kościele. Bo mam 200% pewności, że gdyby nie Pan Bóg i wstawiennictwo Świętych - Józefa, Rity, Charbela to dziś odwiedzałabym mamę na cmentarzu. Zbieram się od jakiegoś czasu do napisania świadectwa o tym, czego doświadczyłam, ale musi to we mnie dojrzeć...
***
W kwietniu wstąpiłam w związek małżeński. Ani mój mąż, ani ja ideałami nie jesteśmy, ale dobrze nam razem, i mam nadzieję, że zawsze się będziemy kochać i wspierać. Piszę o tym, choć to wydaje się oczywiste, ponieważ trafiłam gdzieś na tekst o tzw. zdradzie kontrolowanej, czyli praktyce, w ramach której mężowie i żony zdradzają się z wybraną osobą, aby tym samym spełnić swoje fantazje. To chore! Gdzie tu miłość, która się przysięgało, skoro ktoś się godzi, by jego współmałżonek uprawiał seks z kimś innym??? Gdzie szacunek? Gdzie godność? Przyzwoitość? Zasady moralne? Uczciwość? Wierność??? To obłęd jakiś! Przysięga małżeńska jest święta, składana drugiej osobie przed Bogiem, i choć czasem uwiera (jesteśmy tylko ludźmi), to jednak wyznacza drogę, którą mąż i żona mają podążać! Ani mi się śni zdradzać męża, a co tu dopiero mówić o zaplanowanym akcie. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby mój mąż czegoś takiego sobie zażyczył i mam nadzieję, że nigdy to nie nastąpi. Bo dla mnie, powtarzam, przysięga to nie wyświechtany frazes, lecz zobowiązanie i obustronny dar, któremu można podołać dzięki pomocy Nieba. I życzę wszystkim Małżonkom, aby wytrwali w tym, co ślubowali! A narzeczonym życzę owocnego duchowego przygotowania do zawarcia związku małżeńskiego...
***
Pod koniec lata rozpoczęłam nową pracę. Z pewną dozą nieśmiałości przyznaję, że wymodloną, bo modliłam się oto, by znaleźć taką pracę, w której mogłabym robić to, co kocham i na czym się znam. Bóg jest dobry!...
***
W kwietniu wstąpiłam w związek małżeński. Ani mój mąż, ani ja ideałami nie jesteśmy, ale dobrze nam razem, i mam nadzieję, że zawsze się będziemy kochać i wspierać. Piszę o tym, choć to wydaje się oczywiste, ponieważ trafiłam gdzieś na tekst o tzw. zdradzie kontrolowanej, czyli praktyce, w ramach której mężowie i żony zdradzają się z wybraną osobą, aby tym samym spełnić swoje fantazje. To chore! Gdzie tu miłość, która się przysięgało, skoro ktoś się godzi, by jego współmałżonek uprawiał seks z kimś innym??? Gdzie szacunek? Gdzie godność? Przyzwoitość? Zasady moralne? Uczciwość? Wierność??? To obłęd jakiś! Przysięga małżeńska jest święta, składana drugiej osobie przed Bogiem, i choć czasem uwiera (jesteśmy tylko ludźmi), to jednak wyznacza drogę, którą mąż i żona mają podążać! Ani mi się śni zdradzać męża, a co tu dopiero mówić o zaplanowanym akcie. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby mój mąż czegoś takiego sobie zażyczył i mam nadzieję, że nigdy to nie nastąpi. Bo dla mnie, powtarzam, przysięga to nie wyświechtany frazes, lecz zobowiązanie i obustronny dar, któremu można podołać dzięki pomocy Nieba. I życzę wszystkim Małżonkom, aby wytrwali w tym, co ślubowali! A narzeczonym życzę owocnego duchowego przygotowania do zawarcia związku małżeńskiego...
***
Pod koniec lata rozpoczęłam nową pracę. Z pewną dozą nieśmiałości przyznaję, że wymodloną, bo modliłam się oto, by znaleźć taką pracę, w której mogłabym robić to, co kocham i na czym się znam. Bóg jest dobry!...
sobota, 10 listopada 2018
Wolność niedoceniona
Jutro setna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. Właściwie...nie wiem, co napisać! Bo przecież to takie oczywiste, że mamy swoje państwo, polski rząd, kulturę, naukę, sztukę... To takie oczywiste, że możemy mówić po polsku wszędzie i bez żadnych ograniczeń... To takie oczywiste, że możemy uczestniczyć w wyborach jako wyborcy i wybierani... To takie oczywiste, że mamy własną walutę... że jesteśmy widoczni na mapie świata...że polskie dzieci uczą się w polskich szkołach...
Takich przykładów można by mnożyć bez końca, ale moim zdaniem...wolność docenilibyśmy tak naprawdę, gdybyśmy ją, nie daj Boże, znowu utracili.
Takich przykładów można by mnożyć bez końca, ale moim zdaniem...wolność docenilibyśmy tak naprawdę, gdybyśmy ją, nie daj Boże, znowu utracili.
poniedziałek, 22 października 2018
O Kelly Family okiem starej fanki - cz.1
Zespół The Kelly Family się zreaktywował po latach, zagrali trzy koncerty w Polsce i ogłosili trasę na rok 2019. Wrócili, ale w składzie okrojonym. Dawno dawno temu występowali w dziewiątkę, teraz na scenie jest ich szóstka z tamtego składu plus starszy brat, który wcześniej nie grał. Paul mu na imię, taki siwy, z brzuszkiem i brodą. Pozostali to Kathy, John, Patricia, Jimmy, Joey i Angelo. Nie zobaczycie z nimi Paddy'ego, Barby i Maite. Paddy, teraz właściwie Michael Patrick Kelly (tak się lansuje), przez kilka lat był w klasztorze, a potem odszedł stamtąd i zajął się znowu muzyką (i dobrze). Gra solo i dobrze mu to wychodzi. Można go teraz ogladać w niemieckiem "The Voice of Germany", tam robi za jurora. Maite również gra na własną rękę i ani myśli wracać do muzykowania z resztą rodzeństwa. Z tym, że zmieniła image całkowicie i odnalazła się w gatunku, który nie wiem jak się nazywa, ale ja bym go określiła jako "niemieckie disco-polo". Słuchać się tego nie da (ja nie jestem w stanie), ale kobitka ma fanów, koncertuje i co rusz niemieckie tabloidy plotkują o jej małżeńskich problemach. A jak ktoś ma katalogi Bon Prix to i tam można natrafić na fotki Maite. Nie wiem czy w polskich katalogach, ale w niemieckich na bank. Jak się przejrzy, co Maite i Paddy umieszczają w tzw. "social-mediach" to widać, że raczej są w dobrych relacjach. Jak naprawdę wyglądają ich układy z pozostałymi braćmi i siostrami, nie wiem, ale można się wiele dowiedzieć jak się poczyta komentarze fanów. Najsmutniejsza jest sytuacja Barby. Kto by nie wiedział, która to, to już mówię - śpiewała "Baby smile". Fajna, wrażliwa dziewczyna, ale niestety, jak donoszą różne źródła internetowe, zmaga się z chorobą psychiczną i nie występuje publicznie, nie udziela wywiadów itd. Parasolem braterskiej opieki otoczył ją Jimmy i chroni ją przed całym światem, szczególnie przed światem wścibskich dziennikarzy, namolnych fanów i innych jednostek, które mogłyby ją skrzywdzić. Mamy też do czynienia z nowym pokoleniem Kellych, bo nie samą muzyką człowiek żyje i słynne rodzeństwo powchodziło w związki małżeńskie, a potem pojawiła się latorośl. Dla przykładu, Kathy (moja ulubienica), ma jednego syna, a Angelo (blond aniołek od
An Angel") ma trzech synów i dwie córki. O dzieciach Paddy'ego nic mi niewiadomo, a Patricia ("First time") ma dwóch synów i męża Rosjanina. Młodszy syn Patrici, Ignacy vel Iggy Kelly ma aspiracja muzyczne (albo jak kto woli - parcie na szkło) i nawet czasem coś zaśpiewa w tv czy internetach, ale czy ma to to jąkąś wartość i poziom to już każdy sam powinien ocenić. Ja jestem na "NIE". Pomijam już fakt, że lansuje się na sławie mamy, używając nazwiska Kelly. Aaaa, zapomniałam dodać, Angelo koncertuje ze swoją rodziną (Angelo Kelly & Family) i nagrywa płyty.
C.D.N.
An Angel") ma trzech synów i dwie córki. O dzieciach Paddy'ego nic mi niewiadomo, a Patricia ("First time") ma dwóch synów i męża Rosjanina. Młodszy syn Patrici, Ignacy vel Iggy Kelly ma aspiracja muzyczne (albo jak kto woli - parcie na szkło) i nawet czasem coś zaśpiewa w tv czy internetach, ale czy ma to to jąkąś wartość i poziom to już każdy sam powinien ocenić. Ja jestem na "NIE". Pomijam już fakt, że lansuje się na sławie mamy, używając nazwiska Kelly. Aaaa, zapomniałam dodać, Angelo koncertuje ze swoją rodziną (Angelo Kelly & Family) i nagrywa płyty.
C.D.N.
sobota, 20 października 2018
"Temat" w urnie, czyli notka ku pamięci...
Moja mama nauczyła mnie pięknej postawy - gościnności. Nieważne, kto by do nas nie przyszedł, zawsze jest zapraszany do domu, proponuje mu się kawę czy herbatę, a jeśli wiemy, że być może nic nie jadł, to także i coś na ząb. Oprócz gościnności jest i szacunek wobec innych, i życzliwość. I chyba właśnie to sprawiło, że ciągle nas ktoś odwiedza. Są to osoby z różnych szczebli społecznej drabiny, z różnym wykształceniem, o rozmaitym religijnym światopoglądzie itd. Jednym z nich był W. Był, bo już go nie ma. Najpierw zachorował, a potem nagle wziął i umarł. I szok, bo nagle zrozumieliśmy, że był stałym elementem naszej codzienności i jak to teraz będzie tak bez niego. Facet sympatyczny, pracowity, typ żulika, ale z bohaterskiego - z honorem i zasadami. Bardzo dużo nam pomagał w różnych pracach na gospodarstwie, remontował, kafelkował, szpachlował, słowem, jak było trzeba, dzwoniliśmy po "Temata" (taką właśnie ksywkę nadał mu mój tata i jakoś się przyjęło), a on przyjeżdżał rowerem, czasem samochodem, a czasem wcale, jak miał inną robotę. A jak zatrudniliśmy raz innego fachowca to "Temat" się obraził, ale moja mama (swoją drogą, mistrzyni dyplomacji) go urobiła i znowu wszystko było w porządku między nami. A teraz gościa nie ma, a nam przykro. No, bo znaleźliśmy się od ładnych paru lat i w sumie to się po prostu zżyliśmy z obcym człowiekiem, z którym żadne więzy krwi nas nie łączyły. Mieliśmy taki swoisty rytuał za każdym razem, gdy "Temat" u nas gościł. Polegało to na tym, że "mędził" mi strasznie czy mam "coś" (ognista woda, winko, cokolwiek z %), a ja stale zaprzeczałam i robiłam wszystko, by go zbyć. I tak sobie radośnie gaworzyliśmy, a jedyny raz, kiedy faktycznie poczęstowałam go czymś mocniejszym, był po moim ślubie. Taka sytuacja. Teraz czekamy na pogrzeb. Podobno to będzie pogrzeb z urną. Dziwnie będzie patrzeć na to naczynie i myśleć, że kryje w sobie "Temata", a to kawał chłopa był. Smutno jak ktoś znajomy umiera, jeszcze smutniej jak tak nieoczekiwanie. Apogeum smutku następuje jak się idzie na cmentarz, a tam z roku na rok coraz więcej grobów osób, które się znało. Można wysnuć refleksję "Co ja robię ze swoim życiem???" i wziąć się w garść, a następnie coś zmienić. Można też wrócić do domu i wznieść sentymentalny toast, za tych, co są już po drugiej stronie. W sumie jedno drugiemu nie przeszkadza... A więc cieszmy się życiem, doceniajmy to, co mamy i nie zapominajmy o tych, których kochamy. Tak, nie wstydźmy się nawet małych gestów troski, miłości, opieki, bo kiedyś może się zdarzyć, że jedyne co nam zostanie, to opcja zapalenia znicza i złożenia kwiatów... Nie marnujmy czasu jaki przeżywamy! Oj, jak się smętnie zrobiło... Taki post pod zbliżajacą się uroczystość Wszystkich Świętych przez przypadek mi wyszedł. Przypadek? Nie sądzę... To żeby nieco rozluźnić atmosferę jeszcze mała ciekawostka - od tej pory będę na króliki mówić "Baksiki". "Temat" tak nazywał swoje futrzaki i szalenie mi się to spodobało. "Baksiki" taki ukłon w stronę królika Bugsa. Fajne, nie?
środa, 8 sierpnia 2018
Prezentowo
Życie pędzi jak szalone, mamy tak mało czasu na tym łez padole, a tyle rzeczy do zrobienia... Szkoda czasu na obijanie się! U mnie teraz sezon warzywno - prezentowy. Warzywny, bo ogórki, pomidory i papryka pięknie wyrosły i trzeba je przetwarzać. Prezentowy...bo produkuję prezenty dla moich bliskich, którzy w tym miesiącu będą świętować. Moja przyjaciółka złoży wieczyste śluby w pewnym zakonnym zgromadzeniu więc prezent dla niej musi być wyjątkowy. Postawiłam na prostotę i serce, efekt - autorska książeczka z cytatami. Mam taką manię, że od lat zbieram w specjalnym zeszycie cytaty, które szczególnie do mnie przemawiają i teraz je wykorzystałam, przygotowując okolicznościowe wydawnictwo z sentencjami na każdy dzień życia konsekrowanego. Całość wydrukowałam na papierze formatu A5, powklejałam fotki i obrazki, a na koniec spięłam wszystko za pomocą kółek do spinania albumów. Najpierw miałam zamiar to wszystko zbindować, ale mieszkam na zadupiu i ciężko o bindownicę więc szukałam innego rozwiązania. Znalazłam je dzięki uprzejmości pewnej znajomej osoby - kółka, kółka, kółka do spinania. Coś pięknego, nigdy wcześniej o takich nie słyszałam, w zaprzyjaźnionym sklepie papierniczym takowych nie mieli, zatem musiałam je zamówić przez internet. Dotarły szybko i pięknie spełniły swoją rolę. Brawo ja! Brawo kółka! Mam nadzieję, że prezent się spodoba "pannie młodej", dorzucę do niego trochę słodyczy i małą niespodzianką, i i i i już się nie mogę doczekać dnia tych niezwykłych zaślubin. Druga okazja, która domaga się prezentu to urodziny szwagra. Facet wkracza w wiek Abrahama (pięćdziesiątka!!!) więc upominek musi być oryginalny i z jajem, bo to niezły jajcarz jest. Ciężko jest wymyślić prezent dla mężczyzny, ale ostatecznie zakupiłam karafkę z kieliszkami, umieszczoną w stojaku o kształcie małego fiata (jak dobrze, że jest allegro!). Do tego dorzucam wiejski nektar, czyli bimber i to właściwie tyle, kartka z życzeniami własnej roboty. Ubolewam, że nie mam talentów manualnych, ale jakoś nadrabiam miną i...laptopem z drukarką ;). Aaaa, zaproszenia na urodzinową imprezę też szwagrowi zrobiłam. Wykorzystałam wrodzone poczucie humory i zdjęcia z domowego archiwum - wyszło kapitalnie i mam poczucie dobrze wypełnionego obowiązku, a właściwie to przyjemności, bo lubię przygotowywać niespodzianki dla rodziny i znajomych.
niedziela, 29 lipca 2018
Wracam do gry!
Wracam do gry. Taki tytuł postu o tym, że zacznę nową pracę, wymyśliłam, gdy zwolniłam się z mojej pierwszej pracy... Tak właśnie chciałam oznajmić światu, że zawodowo zaczynam od nowa. Stało się, jeśli nic się nie zmieni, będę pracować. Jak się czuję? Jeszcze nie dowierzam, uwierzę kiedy podpiszę umowę. Na ten moment trochę się cieszę, trochę boję, trochę stresuję, trochę jestem rozbawiona, a trochę staram się ogarnąć...
Od rozstania z pierwszym pracodawcą minęły prawie dwa lata. Dużo się u mnie przez ten czas działo. Przede wszystkim musiałam się psychicznie pozbierać i jakoś w głowie poukładać to, co się wydarzyło. I chyba mi się udało. Czuję się silniejsza i bogatsza o te trudne doświadczenia.
I spokojniejsza, bo skoro przeżyłam to, co przeżyłam, to już chyba nic gorszego mnie nie spotka, a jak spotka to się zwolnię. Praca jest ważna, zdrowie ważniejsze, ale rodzina najważniejsza.
Czuję się jak uczeń na początku nowego roku szkolnego. Zaczynam nowy rozdział. Mam nawet notatnik i długopis! Będę zapisywać wszystko, co muszę zapamiętać, a co! :)
Od rozstania z pierwszym pracodawcą minęły prawie dwa lata. Dużo się u mnie przez ten czas działo. Przede wszystkim musiałam się psychicznie pozbierać i jakoś w głowie poukładać to, co się wydarzyło. I chyba mi się udało. Czuję się silniejsza i bogatsza o te trudne doświadczenia.
I spokojniejsza, bo skoro przeżyłam to, co przeżyłam, to już chyba nic gorszego mnie nie spotka, a jak spotka to się zwolnię. Praca jest ważna, zdrowie ważniejsze, ale rodzina najważniejsza.
Czuję się jak uczeń na początku nowego roku szkolnego. Zaczynam nowy rozdział. Mam nawet notatnik i długopis! Będę zapisywać wszystko, co muszę zapamiętać, a co! :)
środa, 23 maja 2018
Mama w szpitalu - cz. III
Wiedząc, że mama żyje i jeszcze jej wybudzili, spokojnie przeżyłam dzień operacji. Do lekarza zadzwoniłam następnego dnia ok. 11 rano. I przyszła dobra wiadomość, że mama jest wybudzona, sama oddycha i normalnie rozmawia. Podziękowałam Bogu za cud, który dla nas uczynił i jakoś lżej mi było ogarniać codzienne obowiązki. Lekarka przekazał też informację, że jeśli wszystko dobrze pójdzie, to pojutrze (a więc w sobotę), przeniosą mamę na normalny oddział, ale nic na 100% zagwarantować nie może. Uspokojona tą informacją zadzwoniłam do lekarzy w sobotę i się okazało, że mama nadal jest na intesywnej terapii. W niedzielę także tam została. Przenieśli ją dopiero w poniedziałek. A jak już ją przenieśli to ruszyliśmy z wizytą. Ale powiem Wam jeszcze, że w piątek zadzwonił mój telefon. Dobijał się do mnie jakiś obcy numer i jak to zobaczyłam to wystraszona odebrałam, a tam usłyszałam głoś mojej matuli :D! Radość moja bezcenna! Odwiedziny były długo wyczekiwane, ale jak zobaczyłam mamę to cieszyłam się jak nigdy. I przyszła pora na kolejne newsy. Okazało się, że mama przeszła dwie operacje w jednej... Mieli jej wymienić zastawkę, ale jak już mamę otworzyli to się okazało, że bajpas jest konieczny i lekarz nie zastanawiał się ani przez chwilę czy go założyć tylko to zrobił. To wyjaśniło czemu na obydwu nogach mamy zobaczyłam blizny po rozcięciach tak od kostki do połowy łydki. Widok dość makabryczny, ale najważniejsze, że mama była z nami! Przy okazji kolejnych odwiedzin coraz lepiej poznawałam wielki miejski szpital, który początkowo mnie przerażał i nawet nauczyłam się sprawnie po nim poruszać. Po paru dniach kolejne wieści - mama ma migotanie przedsionków, w tym szpitalu zostać już dłużej nie może, bo zrobili, co było trzeba i potrzebują łóżek dla kolejnych pacjentów więc przewieźli mamę do jednostki, w której leczyła się do operacji. I w tym szpitalu mama przebywa od minionego czwartku. Gdy już chcieli ją wypuścić, okazało się, że ma gorączkę i spuchniętą nogę. Badania wykazały, że to zapalenie żył, czyli podobno rzecz, która się często zdarza po tak rozległej operacji. Mam nadzieję, że lekarze się nie mylą i postawią mi matulę na nogi. A gdy tam jeździmy i patrzę na moją mamunię, spoglądam w te mądre, brązowe oczy i słucham strofowania (najlepszy znak, że matula wraca do formy), to serce mi się raduje, że jest komu mnie ochrzaniać. I nieustannie dziękuję Panu Bogu za to! I jestem też ogromnie wdzięczna wszystkim osobom, które się za mamę modliły i nadal modlą, bo to, że mama jest z nami...najlepiej świadczy jak wielką moc ma modlitwa! Jak to sobie uświadomiłam to się popłakałam i nie mogłam przestać.
wtorek, 22 maja 2018
Mama w szpitalu - cz. II
Mama trafiła do szpitala w poniedziałek. We wtorek okazało się, że operacja będzie w środę. To były bardzo trudne dni, ukojenia szukałam w modlitwie. Prosiłam o modlitwę wiele osób "w realu", ale i w "sieci". Mam tu szczególnie na myśli kilka wspólnot mniszek, których strony regularnie odwiedzam i co jakiś czas przesyłam prośby o modlitwę do ich modlitewnych skrzynek (zawsze pełna skuteczność!). Sama modliłam się szczególnie do św. Józefa, bo już wcześniej przekonałam się, że On nigdy nie zawodzi i zawsze pomaga. Mama też się modliła, z resztą, codziennie odmawia różaniec (podziwiam ją za to!) i żyje wiarą. Dałam jej też obrazek z wizerunkiem św. Charbela, żeby ten święty mnich nad nią czuwał...
Nastał dzień operacji. Mamę zabrano na salę operacyjną skoro świt o 7.00. My w domu strasznie to przeżywaliśmy i postanowiliśmy pojechać do szpitala, żeby być na miejscu w razie czego, i żeby mieć poczucie, że nie siedzimy bezczynnie. Na miejsce dotarliśmy ok. 13.00. Zapytaliśmy pielęgniarkę czy operacja nadal trwa, ale ona nas odesłała do lekarza. Zaczepiliśmy lekarza, ale trafiliśmy akurat nie na tego, który mamę operował. Ten odesłał nas do sekretariatu... Chodziliśmy więc od Annasza do Kajfasza i w końcu, nie wiem jak, ale mojemu mężowi udało się wysępić numer telefonu do dyżurki pielęgniarek na oddziale intensywnej terapii. Gdy tam zadzwoniliśmy, dowiedzieliśmy się, że mamę właśnie przywieźli na tenże oddział. Ulga, operacja zakończona! Ruszyliśmy do domu. Po ok. dwóch godzinach znów zadzwoniłam do pielęgniarek, ale powiedziano mi, że mam dzwonić do dyżurki lekarzy. Zadzwoniła, nikt nie odbierał. Po godzinie znów zadzwoniłam i moje pierwsze pytanie brzmiało czy mama żyje. Lekarka opowiedziała, że gdyby mama nie żyła to już bym wiedziała, i że mamunia jeszcze śpi, a oni robią różne badania i wybudzą ją w stosownym czasie. Podziękowałam więc za informację i się rozłączyłam. Do domu jakoś mi tak lżej się wracało...
Nastał dzień operacji. Mamę zabrano na salę operacyjną skoro świt o 7.00. My w domu strasznie to przeżywaliśmy i postanowiliśmy pojechać do szpitala, żeby być na miejscu w razie czego, i żeby mieć poczucie, że nie siedzimy bezczynnie. Na miejsce dotarliśmy ok. 13.00. Zapytaliśmy pielęgniarkę czy operacja nadal trwa, ale ona nas odesłała do lekarza. Zaczepiliśmy lekarza, ale trafiliśmy akurat nie na tego, który mamę operował. Ten odesłał nas do sekretariatu... Chodziliśmy więc od Annasza do Kajfasza i w końcu, nie wiem jak, ale mojemu mężowi udało się wysępić numer telefonu do dyżurki pielęgniarek na oddziale intensywnej terapii. Gdy tam zadzwoniliśmy, dowiedzieliśmy się, że mamę właśnie przywieźli na tenże oddział. Ulga, operacja zakończona! Ruszyliśmy do domu. Po ok. dwóch godzinach znów zadzwoniłam do pielęgniarek, ale powiedziano mi, że mam dzwonić do dyżurki lekarzy. Zadzwoniła, nikt nie odbierał. Po godzinie znów zadzwoniłam i moje pierwsze pytanie brzmiało czy mama żyje. Lekarka opowiedziała, że gdyby mama nie żyła to już bym wiedziała, i że mamunia jeszcze śpi, a oni robią różne badania i wybudzą ją w stosownym czasie. Podziękowałam więc za informację i się rozłączyłam. Do domu jakoś mi tak lżej się wracało...
Mama w szpitalu - cz.I
Miasto wojewódzkie, tłok, urzędy, uczelnie, wieżowce, zabytki, szpitale i ciągły ruch. Miasto, które nigdy nie śpi. Miasto, w którym można przepaść. Miasto, które mnie onieśmiela, chociaż je znam. I tak oto pewnego słonecznego dnia jadą tam z mamą na konsultacje. Boję się, nie wiem czego, ale jestem zestresowana czekającą nas podróżą i wizytą u doktora. W końcu dojeżdżamy na miejsce. Rozmowa z lekarzem i w efekcie ustalenie terminu operacji mojej mamuni. W przerwie między EKG, a rozmową z lekarzem mamunia nawiązuje nową znajomość i wymienia się numerem telefonu z jedną z pań na poczekalni. (Tu muszę zaznaczyć, że moja mamunia po każdym pobycie w szpitalu, wraca do domu z namiarami nowych koleżanek i kontakty te utrzymuje przez lata! Jak ona to robi...nie mam pojęcia!). Ok, badanie ogarnięte, termin operacji ustalony. To niby nic takiego, wszak po to jechałyśmy do szpitala... Ale jednak dociera do mnie, że to, co przez ostatnie miesiące było tematem nr 1 rozmów w moim domu, staje się rzeczywistością i mama naprawdę trafi do medycznego "molocha". Z ulgą wracamy do domu, życie za bardzo się nie zmienia, ale w domu czuć napięcie, bo każdy dzień przybliża nas do TEGO dnia, w którym trzeba będzie TAM pojechać i kto wie, co się wydarzy... Modlę się bardzo za Mamę i błagam Najwyższego, by mi jej nie zabierał!
W końcu nastaje dzień "ZERO". Skoro świt wyjeżdżamy do szpitala. Jadę ja, mamunia, tata oraz mój mąż. Dołącza do nas mój brat. Ciężko. Po cichu modlę się, aby to nie była nasza ostatnia wspólna podróż... Docieramy na miejsce i idziemy do lekarza, którego znamy z konsultacji. Dopełniamy formalności i idziemy do izby przyjęć. Tu szok. Trzeba wziąć numerek z automatu i cierpliwie czekać na swoją kolej. Mamy nr 116, przed nami ok. 50 osób. Na poczekalni jak na lotnisku! Ludzi pełno! Wypełniają całą przestrzeń, siedzą, gdzie się da, targają torby i plecaki, czytają gazety, książki, gadają...Po dwóch godzinach na elektronicznej tablicy pojawia się informacja, że zaraz będziemy mogły podejść do okienka. W tej samej chwili dzwoni lekarz, że mamy do niego wrócić, bo coś jest nie tak z papierami. Idziemy pełne obaw, ale po chwili sprawa się wyjaśnia, wracamy na parter i podchodzimy do okienka. Tu słowa uznania dla mojego męża, który zadbał o to, by kolejka nam nie minęła i po prostu podszedł do stanowiska i powiedział pani obsługującej, żeby poczekała... Poczekała. Papiery załatwione, mama przyjęta. Kolejna misja - szukanie szatni, by się przebrać. Co się nałaziłyśmy po szpitalu to nasze, ale w końcu mamunia się przebrała i dotarłyśmy na oddział. Trochę tam z nią posiedzieliśmy i pojechaliśmy do domu. Droga powrotna była smutna, dziwnie i pusto było bez mamy, ale trzymaliśmy fason.
W końcu nastaje dzień "ZERO". Skoro świt wyjeżdżamy do szpitala. Jadę ja, mamunia, tata oraz mój mąż. Dołącza do nas mój brat. Ciężko. Po cichu modlę się, aby to nie była nasza ostatnia wspólna podróż... Docieramy na miejsce i idziemy do lekarza, którego znamy z konsultacji. Dopełniamy formalności i idziemy do izby przyjęć. Tu szok. Trzeba wziąć numerek z automatu i cierpliwie czekać na swoją kolej. Mamy nr 116, przed nami ok. 50 osób. Na poczekalni jak na lotnisku! Ludzi pełno! Wypełniają całą przestrzeń, siedzą, gdzie się da, targają torby i plecaki, czytają gazety, książki, gadają...Po dwóch godzinach na elektronicznej tablicy pojawia się informacja, że zaraz będziemy mogły podejść do okienka. W tej samej chwili dzwoni lekarz, że mamy do niego wrócić, bo coś jest nie tak z papierami. Idziemy pełne obaw, ale po chwili sprawa się wyjaśnia, wracamy na parter i podchodzimy do okienka. Tu słowa uznania dla mojego męża, który zadbał o to, by kolejka nam nie minęła i po prostu podszedł do stanowiska i powiedział pani obsługującej, żeby poczekała... Poczekała. Papiery załatwione, mama przyjęta. Kolejna misja - szukanie szatni, by się przebrać. Co się nałaziłyśmy po szpitalu to nasze, ale w końcu mamunia się przebrała i dotarłyśmy na oddział. Trochę tam z nią posiedzieliśmy i pojechaliśmy do domu. Droga powrotna była smutna, dziwnie i pusto było bez mamy, ale trzymaliśmy fason.
Miałam nie pisać, a jednak...
wracam. Blogowanie pomaga mi uporządkować myśli i rozładować emocje. Moja rzeczywistość w tej chwili to ogarnianie domu i wizyty w szpitalu co drugi dzień. Moja mama przeszła bardzo poważną operację i od trzech tygodni przebywa na oddziale. Właściwie to wiosnę spędzam w szpitalach... Najpierw trafił tam pan Z. i jeździłam do niego dzień w dzień przez prawie dwa tygodnie. Walczyliśmy ze wszystkich sił z czymś, co go niszczyło i choć było strasznie ciężko, wybrnęliśmy! Mam nadzieję, że powtórki nie będzie, bo bym chyba nie dała rady znów przez to przechodzić. Ile łez wylałam, to moje... Potem był nasz ślub i wesele, a potem...potem mama poszła do szpitala i jest tam do dzisiaj. Bardzo, bardzo trzymam za nią kciuki i Bogu dziękuję, że przeżyła, mam nadzieję, że już niebawem wróci do domu i będzie rządziła nami wszystkimi tak, jak tylko ona potrafi!
Subskrybuj:
Posty (Atom)